KONGRES Katoliczek i Katolików

Nasze opinie

Garść refleksji ekumenicznych

Garść refleksji ekumenicznych

Na początku 2021 roku, podczas jednego z wirtualnych spotkań sygnatariuszy Listu Zwykłych Sióstr i Księży, o. Paweł Gużyński OP przedstawił nam idee Kongresu Katoliczek i Katolików, rozpoczynającego – w tym właśnie czasie – swoją działalność. Jednocześnie zwrócił się do nas z apelem o zaangażowanie się w aktywność grup kongresowych, gdzie obecność duchownych byłaby bardzo pożądana.

Zacząłem się wówczas zastanawiać nad tym, który krąg kongresowej refleksji byłby najbardziej odpowiedni dla mnie. Biorąc pod uwagę swe wieloletnie kontakty – najczęściej nieformalne i nierzadko towarzyskie – z chrześcijanami innych denominacji, uznałem za stosowne włączyć się w prace grupy „Relacje międzywyznaniowe”. Raport, będący efektem kilkumiesięcznej pracy naszego Zespołu już wkrótce zostanie zaprezentowany przez jego liderów. Ja chciałbym jedynie podzielić się swoimi refleksjami na temat tego, tak ważnego, doświadczenia ostatnich miesięcy.

Dla mnie osobiście niezwykle cennym aspektem działania grupy ekumenicznej Kongresu jest możność doznania, podczas naszych spotkań, aktywnej obecności braci i sióstr, świeckich i duchownych, z innych wspólnot chrześcijańskich. Głos tych ludzi jest bardzo ważny, gdyż pozwala mi spojrzeć na relacje międzywyznaniowe z ich perspektywy. A są to często refleksje bardzo bolesne! Mimo iż od proklamacji soborowego dekretu Unitatis redintegratio upłynęło już 57 lat, można odnieść wrażenie, że w „Polsce powiatowej” czas zatrzymał się w miejscu. Doświadczenie małych miasteczek i środowisk wiejskich wskazuje, że często ten, kto modli się w innym kościele, traktowany jest w najlepszym razie jako obcy, w najgorszym – jako wróg. Gdy słucham świadectw sióstr i braci z innych Kościołów chrześcijańskich, niejednokrotnie muszę rumienić się ze wstydu za postępowanie moich konfratrów w kapłaństwie, którzy działają przeciwko jedności, na przykład wtedy, gdy wbrew przepisom prawa kanonicznego i z wykorzystaniem niewiedzy wiernych, mnożą przeszkody proceduralne dla swoich parafian, pragnących zawrzeć małżeństwo mieszane. Nierzadkie są też sytuacje, gdy innym wspólnotom odmawia się podmiotowości, albo kwestionuje się ważność święceń duchownych stojących na ich czele. Dzieje się tak mimo faktu, iż oficjalne dokumenty Kościoła rzymskokatolickiego rozstrzygnęły te kontrowersje już wiele lat temu.

Dla nas, rzymskich katolików otwartych na dialog ekumeniczny, świadectwo sióstr i braci z innych wspólnot jest ważne z jeszcze innego powodu. Oto bowiem, pomimo całej naszej ekumenicznej otwartości i życzliwości, zawsze – jako reprezentanci Kościoła większościowego w Polsce – występujemy z pozycji silniejszego, „rozdającego karty” przy „ekumenicznym stoliku”.

Niewątpliwie Kościół rzymskokatolicki w naszym kraju doświadcza od kilku lat głębokiego kryzysu. Niemniej wciąż pozostaje największym i najsilniejszym związkiem wyznaniowym, posiada ugruntowaną od wieków organizację, dysponuje rozbudowaną infrastrukturą i cieszy się przywilejami ze strony władz państwowych.

Można przeto zadać sobie pytanie, czy istnieje możliwość, aby ta dysproporcja miedzy rzymskokatolickim olbrzymem a niewielkimi wspólnotami protestanckimi, prawosławnymi oraz starokatolickimi, została jakoś przezwyciężona. Czy jest szansa na to, byśmy – jako ci więksi, silniejsi, dysponujący większymi środkami – stali się bardziej pokorni w relacjach z Kościołami siostrzanymi?

Opierając się o moje doświadczenia z pracy w Belgii mogę stwierdzić, że taka szansa istnieje. W krajach Europy Zachodniej laicyzacja, odejście od duszpasterstwa masowego z powodu odpływu wiernych, kryzys powołań do służby w Kościele czy brak środków finansowych są rzeczywistością dzieloną „ekumenicznie” przez wszystkie wspólnoty. Kościół rzymskokatolicki, który odgrywał tutaj przez wieki decydującą rolę – religijną, kulturową i społeczną – dziś jest de facto Kościołem mniejszościowym, tak jak wiele wspólnot niekatolickich.

W epoce „covidowej” belgijski Kościół rzymskokatolicki nie miał uprzywilejowanej pozycji i nie domagał się specjalnych praw. Solidarnie, wraz z innymi związkami wyznaniowymi, przyjął na siebie ciężar ograniczeń sanitarnych. Warto przypomnieć, że podczas pierwszej fali pandemii w wielu regionach Belgii nie sprawowano nabożeństw w kościołach przez trzy miesiące, od 15 marca do 15 czerwca 2020 roku! Obciążenia epidemiologiczne zostały zaakceptowane przez wszystkie wspólnoty wyznaniowe, bez kontestowania decyzji rządowych. Gdy, wraz ze spadkiem liczby zachorowań, pojawiła się możliwość stopniowego otwierania świątyń dla wiernych i przywracania publicznego kultu, każdy Kościół i związek wyznaniowy, na równych prawach, w ramach wspólnej komisji skupiającej liderów poszczególnych wspólnot, prowadził z władzami negocjacje. Kościół rzymskokatolicki nie był traktowany w sposób uprzywilejowany, nie słychać też było – jak miało to miejsce w Polsce – krytycznych głosów ze strony hierarchów, którzy sugerowali bezzasadność ograniczeń.

Procesy, które rozpoczęły się na Zachodzie kilka dekad temu, dziś dotarły również do kraju nad Wisłą. Kiedy wiernych w naszych kościołach będzie coraz mniej, gdy z powodu braku księży pojawi się potrzeba łączenia parafii, kiedy konieczne okażą się zmiany w systemie finansowym Kościoła (bo wraz z odpływem wiernych nastąpi również odpływ środków), wtedy wielu z nas – księży, ale także wiernych świeckich – odczuje na własnej skórze, co to znaczy być mniejszością. Może wtedy staniemy się lepszym partnerem w dialogu z tymi, którzy swej minoritas doświadczają już od wieków. Zapewne będzie to lekcja bardzo bolesna, ale niewątpliwie konieczna: nie tylko z ekumenicznego punktu widzenia.

O autorze: Ks. Andrzej Stefański, urodzony w 1971 w Krośnie (woj. podkarpackie) , duchowny diecezji sandomierskiej. Od 2006 r. w Belgii, w duszpasterstwie francuskojęzycznym. Sygnatariusz Listu Zwykłych Sióstr i Księży, członek grupy kongresowej „Relacje międzywyznaniowe”.

O autorze

Andrzej Stefański

18 Komentarzy

    Drogi Księże Andrzeju
    Nie wiem, jak mam polemizować z osobą duchowną, okazując jej szacunek, a jednocześnie nie zgadzając się z nią prawie w niczym? Postaram się więc wyrazić swoje myśli i uwagi w sposób łagodny i rzeczowy, posiłkując się odwieczną, niezmienną nauką Kościoła, z którą być może księdza w seminarium nie zaznajomiono…

    Nazwa „chrześcijanie” zarezerwowana jest tylko dla katolików, o czym wiedzieli pierwsi chrześcijanie i tak nauczali święci, doktorzy Kościoła oraz papieże przed Soborem Watykańskim II. Św. Jan Chryzostom poucza: „Nic tak nie gubi chrześcijan jak to, że tych za chrześcijan uważają, którzy się za takich przedstawiają. Jeśli to niezawodne, że są fałszywi chrześcijanie, to albo on jest fałszywym chrześcijaninem albo ty. Jeśli nie ty, to on; jeśli ty, to nie on. Jeśli on, to po co go masz za chrześcijanina, skoro wiadomo: że chrześcijaninem nie jest, kogo Bóg za swego syna nie uznaje. Jakże ty masz go za brata? Ale może powiesz: jakże go chrześcijaninem nie mam nazywać, kiedy widzę że on Chrystusa wyznaje, że ołtarz ma, że ofiarę chleba i wina sprawuje, że chrzci, że Pismo święte czyta, że inne obowiązki doń przynależne spełnia. Mój bracie! gdyby nie wyznawał Chrystusa i jawnym było jego pogaństwo, a ty byś go jednak za chrześcijanina uważał, to by było wielkie z twojej strony szaleństwo. W tym zaś przypadku, że on wyznaje Chrystusa, ale nie tak jak rozkazał Chrystus, niedbalstwo twoje jest, któremu podlegasz i którym się zwodzisz.”

    W identyczny sposób naucza św. Atanazy: „Podczas gdy my wszyscy od Chrystusa zwiemy się i jesteśmy chrześcijanami, Marcjon, wynalazca herezji, został niegdyś wyłączony ze wspólnoty i ci, którzy pozostali po wyrzuceniu tamtego, nadal byli chrześcijanami, a ci, którzy poszli za Marcjonem, od tego czasu już nie nazywali się chrześcijanami, lecz marcjonitami. Tak samo również Walentyn, Bazylides, Manes i Szymon Mag przekazali własne imię tym, którzy poszli za nimi, i jedni nazywani są walentynianami, drudzy bazylidianami, manichejczykami, czy też Szymonikami.” Dodaje jeszcze św. Atanazy w Liście do Serapiona: „Pożyteczne jest poznawanie starożytnej tradycji, nauki i wiary Kościoła, którą Pan przekazał, Apostołowie głosili, Ojcowie zachowali. Na niej zbudowany jest Kościół, a jeśli ktoś oddala się od Kościoła, nie jest już ani też nie może nazywać się chrześcijaninem”.

    Nauczanie Kościoła nigdy nie obejmowało określania heretyków mianem chrześcijan. Magisterium było zawsze w tej kwestii bardzo jasne: to nie jest sprawa indywidualnego charakteru lub też cech jednostki. Nikt nie może stać się członkiem Kościoła Chrystusowego bez przyjęcia zbioru prawd Wiary Katolickiej, pozostawania w jedności ze Stolicą Piotrową oraz przyjmowania Sakramentów. Chrześcijanin i katolik to są synonimy. Rozszerzanie słowa „chrześcijanin” na protestantów praktykowane było jeszcze przed Soborem Watykańskim II w USA celem przypodobania się tamtejszych katolików ich protestanckim partnerom w kręgach towarzyskich i biznesowych. Potępione to jednak zostało przez papieża Leona XIII jako ‘herezja amerykanizmu’: „jedynie ci, którzy wyznają jedyną Wiarę Katolicką i pozostają w jedności z Mistycznym Ciałem Chrystusa, są członkami Jego Kościoła. A tylko owi członkowie posiadają legitymację do noszenia zaszczytnego imienia Chrześcijan.”

    Twierdzi ksiądz, że w „Polsce powiatowej” czas zatrzymał się w miejscu, że często ten, kto modli się w innym kościele, traktowany jest jako obcy lub jako wróg. Może jednak należy spojrzeć na to inaczej? Być może to właśnie ci małomiasteczkowi ludzie „Polski powiatowej” mają właściwe, nieskażone modernizmem podejście do błędów i herezji? Czy księdzu nie przeszło przez myśl, że to właśnie oni, może nawet podświadomie, intuicyjnie, bez znajomości teologicznych, uczonych wywodów, czują to co głosi Pismo Święte i to co Kościół zawsze nauczał? Wszak sam święty Apostoł przestrzega i nakazuje: „Nakazujemy wam, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście stronili od każdego brata, który prowadzi życie nieuporządkowane, przeciwne nauce przez nas przekazanej” (2 Tes 3:6). Mało tego, jeśli taki brat nie chce skruszony powrócić na łono Kościoła i uparcie trwa w swoich błędach, nie powinniśmy nawet z takim przestawać: „Kto trwa przy nauce, ten ma Ojca i Syna. Jeżeli ktoś przyjdzie do was, a tej nauki nie przynosi, nie przyjmujcie go w dom ani go pozdrawiajcie” (2 J 1:10). Kościół wierny temu przesłaniu również tak nauczał o czym świadczą m.in. słowa bp J.S. Pelczara: „Stosunek katolików do protestantyzmu jest papierkiem lakmusowym ich wierności Chrystusowi i Tradycji Kościoła. Trudno znaleźć dwie bardziej przeciwstawne koncepcje religijne, które pozornie wyrastają ze wspólnego pnia. Ci spośród katolików, którzy wierzą w bajkę o wspólnym pniu chrześcijańskiego drzewa, z którego wyrastają gałęzie kolejnych konfesji – katolickiej, luterańskiej, zwinglańskiej, kalwińskiej, anglikańskiej itd. – zapominają, że różne odłamy protestantyzmu powstały w wyniku rebelii wymierzonej w jedność Kościoła założonego przez Jezusa Chrystusa. Są to więc gałęzie uschłe…”

    Sobór Florencki te nauki podsumowuje: „Stale wierzy, naucza i wyznaje Kościół rzymskokatolicki, że nikt nie będąc członkiem Kościoła katolickiego (…) zarówno poganie, ale i żydzi, heretycy i schizmatycy żywota wiecznego nie osiągną, ale że pójdą w ogień wieczny zgotowany diabłu i aniołom jego.” Także papież Pius XI mówiąc o „ekumenizmie” naucza: „Pracy nad jednością chrześcijan nie wolno popierać inaczej, jak tylko działaniem w tym duchu, by odszczepieńcy powrócili na łono jedynego, prawdziwego Kościoła Chrystusowego, od którego kiedyś, niestety, odpadli. Powtarzamy, by powrócili do jednego Kościoła Chrystusa, który jest wszystkim widomy i po wsze czasy, z woli Swego Założyciela, pozostanie takim, jakim go On dla zbawienia wszystkich ludzi ustanowił. Mistyczna Oblubienica Chrystusa przez całe wieki pozostała bez zmazy i nigdy też zmazy doznać nie może.”
    Tak więc w „Polsce powiatowej” katolicy jeszcze są posłuszni niezmiennej nauce Kościoła odnośnie relacji z przedstawicielami obcych Kościołowi wyznań. Ponadto, dobrze świadczy o księdza konfratrach to, że niektórzy z wielką ostrożnością podchodzą do małżeństw mieszanych, wiedząc lub domyślając się (a może znając wcześniejszą praktykę Kościoła), że takie małżeństwa są wielkim zagrożeniem dla wiary, zwłaszcza dla wiary zrodzonych z takich związków dzieci.
    Co zaś do „ważność święceń duchownych” osób podających się za kapłanów innych wyznań, niż katolickie, to należy przypomnieć, że jedynie schizmatycy prawosławni mają sukcesję apostolską i ważne święcenia, zaś heretycy protestanccy nie posiadają żadnych święceń i sprawują swoje funkcje jako osoby świeckie.

    Dziwi mnie z kolei postawa księdza, że chciałby zrównać Kościół Chrystusowy z sektami, które od niego się odłączyły i ubolewanie, że Kościół występuje „z pozycji silniejszego”! Dziwię się, że w ogóle prowadzone są tego typu „ekumeniczne rozmowy”, które jak dowodzi 60-letnia ich historia, nie przybliżyły ani o krok do powrotu „braci odłączonych” na łono Matki-Kościoła, lecz coraz silniej utwierdzają ich w „błędach Niebu obrzydłych”, a jedynie Owczarnię Pańską upodabniają do tychże sekt. Czy taki jest cel owych spotkań? Razi mnie również to, że nazywa ksiądz „Kościołami” różne heretyckie wyznania, co sprawia, że rodzi się obawa, czy rozumie ksiądz czym jest Kościół? I nie pomoże tu wykręt, który już wielokrotnie słyszałem, że nawet w Piśmie Świętym spotykamy się z „Kościołami” (w Smyrnie, Efezie, Laodycei i in.) Tam odnosi się to do lokalnych społeczności i zgromadzeń chrześcijan żyjących w różnych miastach, a nie do różnych wyznań.

    Popada ksiądz również w sprzeczność, powołując się na przykład Belgii oraz innych krajów Europy Zachodniej, gdzie Kościół rzymskokatolicki jest niewielki i dorównuje wspólnotom niekatolickim, co uważa ksiądz za pozytywny ekumenicznie objaw, a jednocześnie ubolewa nad laicyzacją, odpływem wiernych, kryzysem powołań i brakiem środków finansowych, nie widząc korelacji pomiędzy jednym a drugim. Podawanie takiego wzoru dla Polski i upatrując w tym jakiejś szansy dla Kościoła w naszym kraju, stanowi jakąś koszmarną aberrację! Przykłady państw zachodnich dowodzą, że jest to droga na manowce, utrata tożsamości katolickiej i oddanie pola ateizmowi i islamowi, które mają się tam coraz lepiej.
    Cieszy się ksiądz bezpodstawnie, że „w epoce covidowej belgijski Kościół rzymskokatolicki nie miał uprzywilejowanej pozycji i nie domagał się specjalnych praw. Solidarnie, wraz z innymi związkami wyznaniowymi, przyjął na siebie ciężar ograniczeń sanitarnych”. Z czego tu się cieszyć? Czy rezygnacja na żądanie władz państwowych z odprawiania Najświętszej Ofiary jest powodem do radości? Taka uległa postawa episkopatów świadczy o ich dekadencji, bojaźliwości, braku wiary w Chrystusa, w Opatrzność, dowodzi skundlenia w sytuacji, gdy Pasterze winni powiedzieć „non possumus” skandalicznym decyzjom władz świeckich, rujnujących gospodarkę, prawa i wolności obywatelskie, niszczących morale społeczne, a nawet niwelujących dorobek życia wielu ludzi. Czy w takiej sytuacji próby, Pasterze zajęli się swoimi owcami, czy dali im strawę duchową, czy wsparli modłami i Najświętszą Ofiarą? Nie. Tylko w Polsce nieliczni księża i hierarchowie potrafili się sprzeciwić temu totalitarnemu bezprawiu, zaś wyłącznie w środowiskach Tradycji katolickiej nie było żadnych obostrzeń, maseczek, dezynfekcji, ograniczania liczby wiernych na Mszy św, czy rezygnacji z jej sprawowania. Czy zatem mamy się teraz dziwić, że kościoły pustoszeją jeszcze bardziej, młodzież wypisuje się z lekcji religii, a społeczeństwo laicyzuje? Czy to dziwne, że wspólnoty Tradycji katolickiej przeżywają obecnie oblężenie wiernych, którzy nie znaleźli strawy duchowej w swoich parafiach i diecezjach, a seminaria tradycyjne nie narzekają na brak powołań? I nic nie da tu ograniczanie i hamowanie tej tendencji przez „Traditiones custodes”, bo sprawy zaszły już za daleko, a pomysły modernistów na „odnowę Kościoła” tylko ten proces przyspieszą.

    Nie rozumiem radości księdza z faktu, że „procesy, które rozpoczęły się na Zachodzie kilka dekad temu, dziś dotarły również do kraju nad Wisłą. Kiedy wiernych w naszych kościołach będzie coraz mniej, gdy z powodu braku księży pojawi się potrzeba łączenia parafii, kiedy konieczne okażą się zmiany w systemie finansowym Kościoła (bo wraz z odpływem wiernych nastąpi również odpływ środków), wtedy wielu z nas – księży, ale także wiernych świeckich – odczuje na własnej skórze, co to znaczy być mniejszością.” To trąci wręcz zdradą Kościoła! To tak, jakby generał na wojnie cieszył się, że jego armia kurczy się w wyniku dezercji żołnierzy, że brakuje amunicji i prowiantu, a siły wroga wciąż rosną. Przykro mi, że musiałem wyłożyć te gorzkie argumenty, ale uznałem, że muszę to zrobić gwoli wierności Prawdzie i Kościołowi.

    Szanowny Panie.
    Tak się złożyło, że kiedy poprosiłem redakcję strony o umieszczenie tutaj mojego tekstu, przejrzałem jeszcze raz dokładnie artykuły koleżanek i kolegów a także komentarze pod ich artykułami. Natrafiłem na Pański obszerny komentarz pod tekstem Fryderyka Zolla o Stowarzyszeniu im. Piotra Skargi. Po pierwszych kilku linijkach wiedziałem już, że jest Pan tradycjonalistą i liczyłem się z ryzykiem, iż również mój tekst spotka się z odzewem. Nie sposób teraz odpowiadać na każdy z zarzutów, tak na moje oko Pański komentarz jest dłuższy niż cały mój felieton. W kilku jednak sprawach odniosę się do tego, co Pan pisze. Być może nie byłem zbyt precyzyjny pisząc o tzw. „Polsce powiatowej”. Nie miałem bowiem na myśli tak bardzo świeckich, ale raczej moich współbraci w kapłaństwie. Jak chodzi o ludzi świeckich, to oni jakoś sobie radzą: znam rodziny, które 25 grudnia idą na pasterkę do Kościoła, zaś 7 grudnia do Cerkwi. Dwa razy zasiadają do wigilijnej kolacji, dwukrotnie świętują Wielkanoc. W wiosce niedaleko mojego miejsca urodzenia, na Wszystkich Świętych wiele rodzin udaje się na mszę do parafii rzymskokatolickiej, wraz z wypominkami i modlitwą za zmarłych na cmentarzu, by po skończonych uroczystościach udać się do sąsiedniego Kościoła polskokatolickiego i tam odbyć dokładnie „tę samą procedurę”. Dlaczego tak się dzieje? To są właśnie owe małżeństwa mieszane. Mają groby swoich przodków zarówno na cmentarzu rzymskokatolickim, jak i na cmentarzu Kościoła Narodowego. Na wypominki zaś, składają ofiarę ekumenicznie i tu i tam. Wszystko odbywa się w harmonii do momentu, gdy przychodzi do parafii nowy proboszcz. Pełen zapału i nabuzowany chęcią prowadzenia religijnej krucjaty, ogłasza, że kościół polskokatolicki to sekta a parafianie nie mogą uczęszczać na nabożeństwa do „narodowców”. Pytam się Pana w tym momencie, czemu to ma służyć? Gdyby Panu ktoś powiedział, że Pańska żona jest sekciarzem, jakby Pan się zachował, co by Pan czuł? Albo kim są dzieci pochodzące z takich mieszanych związków? Wszak posiadają i prawowierne, rzymskokatolickie chromosomy, ale też te sekciarskie. Na szczęście ludzie w Polsce powiatowej swój rozum też mają, co słusznie Pan zauważył. Nie wszyscy dają się wciągnąć w tego typu niebezpieczne gry swoich duszpasterzy. W przeciwnym wypadku, skończyłoby się to wszystko jak przed laty w Serbii czy Kosowie, gdzie nagle się okazało, że moja żona, mój mąż, teściowa, teść, to obcy etnicznie element.
    Dla Pana informacji: nie tylko prawosławni mają ważne święcenia z punktu widzenia katolickiej sakramenrologii, ale także starokatolicy. A czy prawosławni to schizmatycy? Są wśród nich tacy, którzy nas za schizmatyków uważają. W 1054 roku, bulle o ekskomunice poszły w obie strony. Może czas przestać się licytować na schizmy i herezje, tylko usiąść i pogadać o tym przy stole? To właśnie robimy od wielu miesięcy w grupie ekumenicznej Kongresu. Wesołych Świąt wszystkim Siostrom i Braciom z Kościołów Wschodnich!

      Panie Andrzeju (nie wiem, czy mogę się w ten sposób zwracać do osoby duchownej, ale z uwagi na to, że nie poprzedza Pan swego imienia i nazwiska tytułem „ks.” pozwolę sobie na zwracanie się po imieniu)

      Doskonale rozumiem, że w naszej polemice poruszamy wiele zagadnień skomplikowanych rzeczowo i teologicznie, więc nie dziwię się, że w odpowiedzi na mój komentarz ogranicza się Pan tylko do jednego wątku rozmowy. Wydawałoby się, że jest on najmniej kontrowersyjny i nietrudno będzie znaleźć w nim wspólne dla modernisty i tradycjonalisty konkluzje. Niestety, założenie to jest złudne. Obaj bowiem wychodzimy z dwóch przeciwstawnych sobie doktryn – ja z tradycyjnego, niezmiennego od wieków nauczania Kościoła, zaś Pan z nauczania posoborowego, forsowanego w Kościele od 60 lat.

      Motyw „małżeństw mieszanych” jest niezwykle istotny dla wiary i kondycji katolicyzmu, z czego Kościół zawsze sobie zdawał sprawę, budując doktrynę i ustanawiając prawa w tej materii. Ostatecznie sprawy te uregulował Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r. podsumowując tradycyjne, jednolite stanowisko w kwestii „małżeństw mieszanych”. Zdefiniował małżeństwo mieszane jako związek „zawarty między dwiema osobami ochrzczonymi, z których jedna jest katolicka, druga zaś przynależy do sekty heretyckiej lub schizmatyckiej”. Podkreślił również z całą mocą, że Kościół takich małżeństw „jak najsurowiej zabrania”, ale od tej przeszkody daje dyspensę w trzech przypadkach – jeśli: 1) Naglą przyczyny słuszne i ważne; 2) Rękojmię złoży strona małżeńska akatolicka o usunięciu od strony małżeńskiej katolickiej niebezpieczeństwa znieprawienia, a oboje małżonkowie o ochrzczeniu i wychowaniu całego potomstwa tylko po katolicku; 3) Istnieje pewność moralna o dopełnieniu rękojmi. Ponadto Kodeks wskazywał, że „Na małżonku katolickim ciąży obowiązek, żeby się starał roztropnie o nawrócenie współmałżonka akatolickiego”. Cel zakazu był jasny i precyzyjny: chodzi w nim o ochronę moralnych i religijnych interesów strony katolickiej, potomstwa oraz całego społeczeństwa, chodzi o usunięcie niebezpieczeństw, jakie na ogół małżeństwom mieszanym zagrażają (czego dowodzą statystyki, wskazujące na niestałości takich związków).

      Zupełnie inne stanowisko zajmuje nowy Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 r. opracowany już na modernistycznych naukach posoborowych. Stwierdza on ni mniej ni więcej, że „Różnica wyznania nie stanowi nieprzekraczalnej przeszkody do zawarcia małżeństwa, jeśli małżonkowie potrafią dzielić się tym, co każde z nich otrzymało od swojej wspólnoty, i jeśli jedno będzie uczyć się od drugiego sposobu przeżywania swojej wierności wobec Chrystusa.” Przy czym w żaden sposób nie precyzuje, czego może oczekiwać strona katolicka od niekatolickiej, i co ta „wspólnota” niekatolicka posiada, czego brakuje Kościołowi. Chociaż nowy Katechizm mówi, że zawarcie małżeństwa mieszanego „wymaga wyraźnego zezwolenia władzy kościelnej”, to już inne dokumenty jak Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983 r. wręcz zachęcają do zawierania takich małżeństw, w wyraźnie wskazanym celu popierania „ważnego zadania ekumenicznego”, do którego wezwał Sobór Watykański II. W nowym KPK wcześniejszą rękojmię strony niekatolickiej zastępuje się oświadczeniem strony katolickiej, że „uczyni wszystko, co w jej mocy, aby wszystkie dzieci zostały ochrzczone i wychowane w Kościele katolickim; druga strona winna być powiadomiona w odpowiednim czasie o składanych przyrzeczeniach strony katolickiej.” Tak więc niekatolicka strona nie zobowiązuje się do niczego, a katolicka strona ma się tylko „postarać”.

      Papież Pius XI stwierdził, że „rzadko strona katolicka z małżeństwa takiego nie odnosi jakiejś szkody”, a ks. Robert Mäder pisał: „Małżeństwo mieszane stało się szeroką drogą, na której wielu idzie do wiecznego potępienia”. Dziś mamy niezliczone dowody na to, że mieli oni rację. Wskazują na to badania statystyczne z całego świata. Prawdopodobieństwo rozwodu jest trzykrotnie większe w małżeństwie międzyreligijnym z dziećmi niż w rodzinach jednolitych pod względem religijnym – na to wskazują wyniki najbardziej wiarygodnego pod tym względem badania ARIS (American Religious Identification Survey). Z danych tych wynika, że w 2001 roku, kiedy badanie było przeprowadzane, małżeństwa mieszane stanowiły 22 proc. wszystkich amerykańskich rodzin. Wśród tego typu małżeństw z dziećmi 10 proc. rozwiodło się, natomiast w przypadku małżeństw jednolitych religijnie współczynnik ten wyniósł 3 procent. Statystyki mówią także, że coraz mniej par zawiera związki małżeńskie (również w Polsce), a winą o to należy również obarczyć m.in. złagodzenie prawa kościelnego w kwestiach moralności i dyscypliny.

      Po tym przydługim, aczkolwiek niezbędnym dla zrozumienia problemu wstępie, przechodzę do meritum naszej dyskusji. Otóż ja również znam sytuację „Polski powiatowej”, mieszkam na Podlasiu, gdzie są całe regiony zamieszkałe przez ludność mieszaną religijnie, część mojej rodziny wywodzi się ze wsi, w której większość stanowili prawosławni, a w szkole i na studiach miałem kolegów innych wyznań. Mogę więc powiedzieć, że temat jest mi znany, tym bardziej, że swego czasu przymierzałem się do napisania pracy doktorskiej na temat działalności misyjnej Kościoła na terenach II Rzeczpospolitej, której celem było utworzenie obrządku bizantyjsko-słowiańskiego, połączonego unią z Rzymem. Wskazane przez Pana zwyczaje na pograniczu dwóch wyznań są oczywiście spotykane, ale nigdy nie były one czymś normalnym. Zarówno hierarchia prawosławna, jak i katolicka (co wynika z prawodawstwa Kościoła sprzed Soboru Watykańskiego II), były zawsze przeciwne takim związkom z wiadomych powodów (utraty własnej wiary oraz trudności w religijnym ukształtowaniu dzieci). Dopiero po SWII doszło do rewolucji w tej dziedzinie i obecnie spotyka się coraz więcej małżeństw mieszanych, które kultywują zwyczaje i obrzędy obydwu wyznań.

      Obawy Piusa XI okazują się słuszne, a praktyka dowodzi, że istotnie „strona katolicka odnosi szkody” w takich związkach. Nie dziwię się zatem Pana „współbraciom w kapłaństwie”, że niektórzy z nich, znając wcześniejszą naukę Kościoła i zdając sobie sprawę z zagrożeń dla zbawienia dusz, przestrzegają wiernych katolików przed grożącymi im niebezpieczeństwami, zarówno z powodu „małżeństw mieszanych”, jak i uczestniczenia w niekatolickich zgromadzeniach religijnych. Udział w heretyckich lub schizmatyckich nabożeństwach, zawsze pozostawia jakiś negatywny ślad w myśleniu, osobowości, światopoglądzie, przyczynia się do uszczerbku własnej wiary, rodzi wątpliwości, później relatywizm, obojętność, a w końcu agnostycyzm i ateizm. Oczywiście nie w każdym przypadku tak musi być, ale statystyki oraz moje własne obserwacje na to wskazują. Krytykując kapłanów, którzy zatroskani dobrem dusz powierzonej im trzody, napominają i ostrzegają wiernych przed międzywyznaniowymi związkami, zadaje Pan jednocześnie pytania: „czemu to ma służyć? Gdyby Panu ktoś powiedział, że Pańska żona jest sekciarzem, jakby Pan się zachował, co by Pan czuł? Albo kim są dzieci pochodzące z takich mieszanych związków?”

      Nauczanie, ostrzeganie i uświadamianie wiernych, że „małżeństwa mieszane” oraz uczestnictwo w religijnych niekatolickich nabożeństwach, jest szkodliwe duchowo, a przez to również w życiowych obowiązkach, jest zadaniem księży-pasterzy, którzy mają dbać o swoje „stado” i prowadzić go ku zbawieniu dusz. Temu właśnie ma to służyć. Gdybym miał żonę innego wyznania, to świadczyłoby o tym, że zarówno sam, jak i moi pasterze wykazali się co najmniej nieroztropnością, jeśli nie błędnym przeświadczeniem, opartym na modernistycznej nauce o „ekumenizmie”. Tak, miałbym dyskomfort, byłbym może nawet oburzony, gdyby ktoś powiedział, że moja żona jest sekciarzem. Nie zmienia to jednak faktu, że musimy żyć w Prawdzie Chrystusa i zachowywać się w takich sytuacjach, jak nakazuje Pismo: „głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością”, a chociaż czasu nigdy się nie cofnie, małżeństwa nie unieważni (chociaż z tego co wiem, dziś nie ma z tym najmniejszych kłopotów), to jednak można próbować np. małżonkę i dzieci kształtować na katolików. Wszak Pan ) jako osoba duchowna) winien rozumieć jak mało kto, że dogmat „poza Kościołem nie ma zbawienia” wciąż obowiązuje, pomimo prób jego rozmywania przez różnego autoramentu progresistów.

    Szanowny Panie Wiesławie, szanując jak najbardziej Pańskie prywatne zdanie, takie poglądy na forum ogólnokościelnym są nie do przyjęcia. Po pierwsze dlatego, że segreguje Pan ludzi na katolików i heretyków/schizmatyków. Kiedy wreszcie dotrze do świadomości wielu ludzi, że czas zaakceptować otwarcie się Kościoła rzymskokatolickiego na inaczej myślących? Po sześćdziesięciu latach od Soboru czas chyba otworzyć się na Ducha Świętego i dostrzec, że Prawda jest symfonią, a nie jakimś monolitem. Polecam Panu lekturę Deklaracji Dominus Iesus, tam jest jasno wyrażona nauka Kościoła odnośnie innych Chrześcijan, także Starokatolików, których mam zaszczyt reprezentować. Z Pańskiej wypowiedzi wynika, że nie ma Pan żadnej wiedzy na temat Starokatolicyzmu, powstania Kościołów starokatolickich, nie mówiąc już o teologii, czy sakramentologii.
    Na temat Pańskich poglądów o małżeństwach mieszanych nie będę się wypowiadał, bo są one tak uwłaczające godności człowieka, że aż szkoda słów.
    Dziękuję Bogu, że w Kościele rzymskokatolickim są Kapłani, którym idee Ekumenizmu nie są obce, jak chociażby Autor artykułu, który komentujemy.
    Pozdrawiając Pana serdecznie, zapewniam o pamięci w modlitwie
    Ks. Maciej Cyran

      Szanowny Księże Macieju (chyba mogę zwracać się w ten sposób, gdyż starokatolicy posiadają nadal sukcesję apostolską)

      Zdumiewa mnie, że ksiądz jako osoba duchowna, nie zna albo nie chce znać nauczania Kościoła odnośnie zasadniczych kwestii wiary. To nie ja segreguję ludzi na katolików, schizmatyków i heretyków, tylko Kościół. Już św. Paweł Apostoł nauczał: „Zresztą nawet muszą być wśród was rozdarcia (haireseis), żeby się okazało, którzy są wypróbowani.” (1 Kor 11, 19). Aktualnie obowiązujący zaś Kodeks Prawa Kanonicznego stanowi, co to jest herezja, apostazja i schizma (KAN. 751). Tym samym, kto spełnia znamiona takiej postawy, jest heretykiem, apostatą lub schizmatykiem. Tu nie chodzi o „inaczej myślących”, tylko o Prawdę Chrystusa – albo uznaje się ją w całości, tak jak naucza Kościół, albo trwa się z uporem w błędach, które oddzielają od Kościoła i zamykają drogę do życia wiecznego. To nie są żarty, ani towarzyskie kurtuazje, sprawa jest bardzo poważna, decydująca dla zbawienia dusz. O tym powinien ksiądz wiedzieć znacznie lepiej niż ja (nawet starokatolicy chyba uznają dogmat, że poza Kościołem nie ma zbawienia), a skoro tak nie jest, to właśnie dlatego jestem zdumiony. Potrafię jednak zrozumieć obruszenie osoby będącej w schizmie i wyznającej herezje, że określenie „heretyk” i „schizmatyk” uważa za pejoratywne, a nawet obraźliwe.

      Prawda nie jest żadną „symfonią”! Namnażanie słów, tworzenie „symfonii” jest jedną z technik perswazyjnych, pozostających na usługach ludzi zaprzedanych fałszowi. Prawda pozostaje prawdą, choćby wyrażona była w formule zwartej. Fałsz pozostaje fałszem, choćby ubierano go w wielosłowie. Prawda ma to do siebie, że zawsze jest bezwzględna, autorytarna, gdyż potępia wszelki fałsz. Słynny kaznodzieja węgierski bp.Tihamer Toth podczas jednego z kazań dla młodzieży akademickiej powiedział nawet: „Często słyszymy zarzut, że Kościół katolicki jest 'niewyrozumiały’. Nie pozwala np., żeby w małżeństwach mieszanych połowa dzieci była innego wyznania; nie pozwala, żeby poświęcony przez Kościół sztandar, mógł być 'poświęcony’ przez inne wyznania itd. Jest niewyrozumiały? Nie, Kościół katolickie nie jest niewyrozumiały, tylko PRAWDA, której jest stróżem jest 'niewyrozumiała’. Trudno, ale dwa plus dwa, nigdy nie jest pięć! Pomyślmy trochę, jaka powstałaby obojętność religijna, jaka oziębłość, jeśliby Kościół katolicki lekko traktował tę sprawę i ustępliwością swoją wykazywał, że sam nie jest zupełnie pewny swojej nauki. Nie gorszcie się, ale otwarcie powiem: Natychmiast zerwałbym z Kościołem katolickim, gdyby utrzymywał: 'niech sobie będą i inne wiary dobre…’ Wtenczas bowiem wiara katolicka nie byłaby prawdziwą!”. Czy nie są to prorocze słowa!?

      Dlatego Kościół katolicki jako jedyny depozytariusz Prawdy Objawionej zawsze i wszędzie potępiał wszystkie fałszywe religie jak islam, judaizm, buddyzm a także antyreligie jak protestantyzm, a zwłaszcza potępiał mieszanie prawdy z fałszem czyli różne ekumeniczne wygibasy, które mają zadowolić heretyków i schizmatyków, utwierdzając ich jednocześnie w wyznawanych błędach. Proszę tu się nie powoływać na Ducha Świętego, ponieważ nie zawsze Jego asystencja jest brana pod uwagę przez biskupów i kardynałów. Prefekt Kongregacji ds. Nauki i Wiary kard. Joseph Ratzinger, właśnie o szczególnej współpracy kardynałów z Duchem Świętym mówił w ten sposób: „Równocześnie wiemy, że człowiek posiada zawsze wolną wolę i może odrzucić łaskę Bożą, niezależnie od tego, czy jest świeckim, wikarym, kardynałem czy papieżem. Może ją odrzucić na różny sposób, poprzez niewiarę, pychę i wszystkie inne grzechy świata. W dziejach Kościoła było wielu bardzo złych papieży. Część z nich była, kolokwialnie mówiąc, złymi ludźmi, inni nie mieli predyspozycji moralnych, umysłowych czy organizacyjnych. Nie godzi się obarczać tymi wszystkimi wyborami Ducha.” Tak więc nie sądzę, aby Duch Święty uczestniczył w zmianie odwiecznej doktryny Kościoła odnośnie heretyków i schizmatyków. Tym bardziej by to było dziwne w sytuacji, kiedy przez prawie 2000 lat Duch Święty asystował Kościołowi, nakazując unikać heretyków i schizmatyków, by zreflektować się dopiero 60 lat temu i zmienić zdanie na całkiem przeciwne – spotykać się z nimi, nie po to, aby skłaniać do powrotu do Kościoła, tylko utwierdzać ich w wyznawanych błędach. Czy twierdzi ksiądz, że np. papież Bonifacy VIII wbrew Duchowi Świętemu nauczał: „Toteż oznajmiamy, twierdzimy, określamy i ogłaszamy, ze posłuszeństwo Biskupowi Rzymskiemu jest konieczne dla osiągnięcia zbawienia”?

      Odnośnie „innych chrześcijan” mamy w Magisterium Kościoła mnóstwo wypowiedzi przeciwnych, niż te które są zawarte w Deklaracji „Dominus Iesus” (domyślam się, że wybiera ksiądz z Magisterium Kościoła tylko te dokumenty, które mu pasują). Którym więc mamy dawać wiarę? Czy sugeruje ksiądz, że mamy postępować relatywnie i wierzyć tylko aktualnemu Magisterium, przeszłe zaś odrzucać? Co będzie, gdy jakiś kolejny papież lub Sobór, ponownie zmienią doktrynę teraz obowiązującą? Kiedy zatem, zdaniem księdza, Kościół ma asystencję Ducha Świętego, który przecież nie może się mylić, ponieważ u Boga „nie ma przemiany ani cienia zmienności.” (Jk 1, 17)? O tym, kto nosi nazwę chrześcijanina, możemy się dowiedzieć już od pierwszych chrześcijan, świętych, ojców Kościoła i papieży. Tak np. św. Atanazy nauczał: „Pożyteczne jest poznawanie starożytnej tradycji, nauki i wiary Kościoła, którą Pan przekazał, Apostołowie głosili, Ojcowie zachowali. Na niej zbudowany jest Kościół, a jeśli ktoś oddala się od Kościoła, nie jest już ani też nie może nazywać się chrześcijaninem”. Św. Piotr Kanizjusz: „Chrześcijaninem jest ten, kto będąc mocno przywiązanym do nauczania Jezusa Chrystusa jednocześnie potępia i brzydzi się z głębi swojego serca wszelką sektą jak i wszelkim obcym tej doktrynie kultem, potępionym powagą Kościoła: takimi są sekty żydowskie, bałwochwalcze, mahometańskie i w ogólności wszelkie sekty heretyckie.” Leon XIII: „Tak długo, jak jakaś część ciała pozostawała w nim – żyła; oddzielona – traci życie. Tak też człowiek, tak długo, jak żyje w [mistycznym] ciele Kościoła, jest chrześcijaninem. Odłączony od Niego, staje się heretykiem.”

      Co zaś do „małżeństw mieszanych”, to nie wypowiadam jedynie swojego zdania, ale podzielam pogląd całego Kościoła, który był niezmienny aż do rewolucji posoborowej XX wieku, która rozluźniła dyscyplinę i otworzyła szeroko drzwi na przenikanie błędów niebezpiecznych dla zbawienia dusz. Nie mam nic przeciwko takim małżeństwom, pod warunkiem, że strona niekatolicka da rękojmię, że nie będzie ona stawiała żadnych przeszkód w kultywowaniu religii katolickiej drugiej stronie oraz, że dzieci będą wychowane na katolików.

      Bóg zapłać za modlitwę, chociaż nie wiem, czy będzie ona wysłuchana od osoby będącej poza Kościołem(?). Ze swej strony także serdecznie pozdrawiam i obiecuję, że będę się modlił aby ksiądz powrócił na łono Matki Kościoła i tym samym miał szansę osiągnąć życie wieczne u boku Chrystusa.

    Szanowny Panie Wiesławie,

    z zainteresowaniem przeczytałam Pańskie komentarze i pozwolę sobie nie zgodzić się z Panem. Nie posiadam tak szerokiej wiedzy jak Pan, ani pozostali komentatorzy – ks. Andrzej Stefański (autor artykułu) i ks. Maciej Cyran. Jednak z mojej perspektywy widzę, że Pańskie przywiązanie do tego, co było dawniej i ówczesnych przepisów i praktyk (moim zdaniem bardzo złych, ale to moja opinia) powoduje, że odrzuca Pan rozwój doktryny, którą sobór – w tym wypadku Vaticanum II – ma prawo zmieniać czy na nowo interpretować. Pewne rzeczy widzimy i rozumiemy inaczej niż to rozumieli nasi przodkowie 100 lat temu. Było wtedy inne społeczeństwo, inna mentalność, inny poziom wiedzy. Współcześnie Kościół rzymskokatolicki nie postrzega już chrześcijan innych wyznań jako 'heretyków”, tylko jako siostry i braci w Chrystusie, choć „odłączonych” od głównego nurtu. Ale tak naprawdę i my, rzymscy katolicy, i chrześcijanie innych wyznań, jesteśmy gałęziami wyrastającymi z jednego pnia, którym jest sam Chrystus. Nie można jakiejś gałęzi uważać za „gorszą”, bo rośnie pod innym kątem czy po innej stronie pnia i ma w związku z tym inną perspektywę.
    Jeśli chodzi o małżeństwa mieszane, zgodzę się z Panem w jednej kwestii. Takie związki są niewątpliwie trudniejsze (w zakresie wiary), bo trudniej jest praktykować komunię małżeńską/rodzinną i trzeba umieć prowadzić dialog i znajdować rozwiązania na dużo bardziej skomplikowanym poziomie niż to jest w przypadku rodzin, gdzie jest wyznawana jedna religia. Ale jednocześnie to może sprzyjać więzi, bo sztuka prowadzenia dialogu w tym zakresie jest przydatna także w innych obszarach życia. Poza tym niektóre wyznania są tak bliskie doktrynalnie rzymskiemu katolicyzmowi, że właściwie jedyne przeszkody wynikają z innej przynależności organizacyjnej i złych praktyk. Bo sakramenty i ich pojmowanie są te same, święcenia są ważne, jest sukcesja apostolska. Mogą się różnić dyscypliną sakramentów (np. spowiedź ogólna jako podstawowa forma, brak obowiązku celibatu) – ale są to nadal te same sakramenty. Tutaj, moim skromnym zdaniem, w ogóle nie powinno by c wymogu dyspensy, tylko pełna interkomunia.

      Szanowna Pani Alicjo

      Ma Pani wolną wolę, a więc prawo nie zgodzić się, nie tylko ze mną, ale również z nauką Chrystusa i Jego Kościoła. Tu absolutnie nie chodzi o „moje przywiązanie do tego co było dawniej i ówczesnych przepisów i praktyk”. Tu chodzi o PRAWDĘ, o niezmienną PRAWDĘ, taką którą przekazał Jezus Chrystus Apostołom, ci zaś swoim następcom, aż do dnia dzisiejszego. To jest depozyt wiary (depositum fidei), który jest skarbem Kościoła, który nie ma prawa być zmieniany, naruszany, ani modyfikowany. Naucza tak Sobór Watykański I oraz „przysięga antymodernistyczna” składana przez wszystkich kapłanów aż do SWII, że nikomu, nawet papieżowi nie wolno zmienić żadnego elementu nauczania Kościoła, gdyż nie jest ono jego własnością. Depozyt wiary jest obiektywną doktryną, nauczaną niezmiennie i bez przerwy, od samego początku. Papież ma prawo i obowiązek nauczania, przekazywania tej obiektywnej prawdy, nie ma jednak żadnego prawa jej zmieniania ani przekształcania w jakikolwiek sposób. ” Konstytucja dogmatyczna „Pater aeternus” stanowi: „następcom Piotra został obiecany Duch Święty nie po to, by dzięki Jego objawieniu przedkładali [jakąś] naukę nową, lecz po to, by przy Jego wsparciu święcie strzegli i wiernie wykładali objawienie, czyli skarbiec wiary przekazanej przez apostołów” .Tym bardziej żaden Sobór, biskup, ani ksiądz nie ma prawa tego nakazu naruszać i głosić jakichś nowych nauk.

      Nie może być żadnego „rozwoju doktryny”, to jest herezja modernizmu, którą potępili papieże w XIX i XX wieku. Nikt nie ma prawa zmieniać doktryny Kościoła, ani jej na nowo interpretować w sposób sprzeczny z wcześniejszym nauczaniem. Mówił o tym nawet Jan XXIII w przemówieniu inaugurującym Sobór Watykański II: „Inny bowiem jest depozyt Wiary tzn., prawd zawartych w naszej czcigodnej doktrynie i inny jest sposób w jaki się je ogłasza, zawsze jednak w tym samym sensie i w tym samym znaczeniu.” Tak więc doktryna musi być taka sama jak wcześniej, natomiast można głosić ją innymi słowami, ale zawsze sens powinien zostać ten sam. Powoływanie się przy tym na „inne czasy” również jest chybione, ponieważ doktryna Kościoła była niezmienna od I do XX wieku. Musi Pani przyznać, że przetrwała niezmieniona przez rozmaite „czasy” – starożytności, średniowiecza, renesansu, reformacji, liberalizmu, aż… do SWII. Czym się różnią czasy obecne od czasów poprzednich 1950 lat?

      Heretycy i schizmatycy nie wyginęli, nie zniknęli, nie nawrócili się. Oni nadal istnieją, nie wyrzekli się swoich błędów, nie chcą powrócić do Matki Kościoła. W ich religijnym postrzeganiu nic się nie zmieniło, ani o krok nie przybliżyli się do „Owczarni Pańskiej”. Wręcz przeciwnie, to Kościół poprzez zmianę swoich odwiecznych nauk i doktryn, zaczął zbliżać się do błędnowierców i to nawet wbrew słowom Pisma Świętego, które bardzo wyraźnie przestrzega: „Nakazujemy wam, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście stronili od każdego brata, który prowadzi życie nieuporządkowane, przeciwne nauce przez nas przekazanej” (2 Tes 3:6). „Sekciarza (gr. hairetikon) po jednym lub po drugim upomnieniu wystrzegaj się, wiedząc, że człowiek taki jest przewrotny i grzeszny, przy czym sam na siebie wydaje wyrok.” (Tyt. 3,10-11). „Oni to powodują podziały, są cieleśni, Ducha nie mają” (Jud 1,19). Pomimo to Kościół zawsze i niezmiennie dążył do jedności, ale nie poprzez akceptację herezji, nie poprzez zmianę własnej nauki, nie poprzez dogadywanie się z heretykami i schizmatykami, tylko czyniąc wszystko, aby tamci powrócili do Matki Kościoła. Wyraził to jednoznacznie św. Józef S. Pelczar: „Jedność chrześcijaństwa istnieje wyłącznie w Kościele katolickim, a protestanci mogą ją osiągnąć wyłącznie poprzez wyparcie się zgubnych błędów i powrót do odrzuconego niegdyś katolicyzmu”. Także podkreślił to w encyklice „Mortalium Nimos” Pius XI: „Pracy nad jednością chrześcijan nie wolno popierać inaczej, jak tylko działaniem w tym duchu, by odszczepieńcy powrócili na łono jedynego, prawdziwego Kościoła Chrystusowego, od którego kiedyś, niestety, odpadli. Powtarzamy, by powrócili do jednego Kościoła Chrystusa, który jest wszystkim widomy i po wsze czasy, z woli Swego Założyciela, pozostanie takim, jakim go On dla zbawienia wszystkich ludzi ustanowił. Mistyczna Oblubienica Chrystusa przez całe wieki pozostała bez zmazy i nigdy też zmazy doznać nie może.”

      Myli się Pani również w stwierdzeniu, że „niektóre wyznania są tak bliskie doktrynalnie rzymskiemu katolicyzmowi, że właściwie jedyne przeszkody wynikają z innej przynależności organizacyjnej i złych praktyk”. Ze złych praktyk, to na pewno. Co zaś do „innej przynależności organizacyjnej”, to gdyby tylko o to chodziło, byłby to mało istotny problem. Głównymi przeszkodami są jednak różnice doktrynalne – heretycy zaprzeczają doktrynie i dogmatom Kościoła, zaś schizmatycy nie uznają zwierzchnictwa papieża. To są nieprzezwyciężalne przeszkody w ich dążeniu do jedności z Kościołem (problem w tym, że oni nie chcą pojednania z Kościołem, tylko pragną tego, aby Kościół się do nich upodobnił i dopiero wtedy będzie dla nich akceptowalny). Niektórzy bagatelizują te różnice, twierdząc, że te rozbieżności są nieistotne, liczy się wzajemne zrozumienie, szacunek, akceptacja i zgoda. Czy jednak, nawet mała kropla trucizny, nie sprawia, że cały dzban pysznego napoju jest do wyrzucenia?

    Długo zastanawiałem się, czy odpowiedzieć na pierwszy komentarz Pana Bielawskiego. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że nie warto. Ze środowiskami tradycjonalistów dyskusji jak wiadomo nie ma, potrafią one, z uporem godnym lepszej sprawy, powtarzać wciąż te same, wyuczone na pamięć argumenty, cytować w kółko te same dokumenty, które dziś mają wartość jedynie historyczną.
    Niestety, moja druga, lubiąca polemiki strona wzięła górę i dałem się wciągnąć w dyskusję. Niechcący też wciągnąłem w ten chocholi taniec moich przyjaciół z kongresowej grupy, Panią Alicję i Ks. Macieja. Tymczasem, w każdym, kolejnym poście przekraczał Pan Panie Wiesławie granice nieprzyzwoitości, bo o przyzwoitości zapomniał Pan już dawno. Nie chodzi nawet o to, że raczył był Pan zredukować mnie do stanu świeckiego, choć pod moim felietonem stoi czarno na białym, kim jestem i czym się zajmuję. Najgorsze jest to, że z każdą kolejną odsłoną, wypowiadał się Pan z coraz większą pogardą, lekceważeniem, na temat chrześcijan należących do innych wyznań. Nie wiem dlaczego upodobał Pan sobie akurat formum dyskusyjne Kongresu Katoliczek i Katolików, gdzie pańskie poglądy mogą co najwyżej wzbudzić uśmiech politowania. Bo głównym celem Kongresu, nie tylko jego ekumenicznej grupy, jest wyeliminowanie z praktyki polskiego Kościoła patologii, które między innymi słychać w pańskich wypowiedziach. Bardzo nie lubię tej poetyki, nie lubię też argumentów ad personam. Ale skoro inaczej się nie da, to powiem w ten sposób: nie wiem, czy jest Pan sedewakantystą czy też może członkiem Bractwa Świętego Piusa X. A może jeszcze innej grupy, bo w Waszym środowisku jest tyle podziałów, że trudno się połapać. Ale niestety, to te właśnie środowiska są, z punktu widzenia nauki Kościoła, w stanie schizmy, ponieważ uporczywie odrzucają nauczanie oraz ustawodastwo kościelne od Soboru Watykańskiego II po dziś dzień. Nie jest przypadkiem, że wszystkie dokumenty, teksty Papieży, które Pan zacytował, są wypowiedziami sprzed tego okresu.
    Mnie zaś szczególnie bolało to, że próbował Pan podpierać swoje absurdalne tezy wypowiedziami Ojców Kościoła. Niestety Panie Wiesławie, Augustyn, Atanazy Wielki, Orygenes i wielu innych, należą do pierwszego tysiąclecia niepodzielonego chrześcijaństwa. Są więc w takim samym stopniu rzymskimi jak i starokatolikami, prawosławnymi czy protestantami. Dobrze Pan wie, że nie byłoby nauczania Ks. Doktora Marcina Lutra o usprawiedliwieniu bez Św. Augustyna, który to z kolei rozwinął twórczo poglądy św. Pawła z Listu do Rzymian ( pewien mój znajomy protestant mówi, owszem, trochę z przymróżeniem oka, że pierwszym ewangelikiem augsburskim nie był ani Luter, ani Augustyn z Hippony, tylko Paweł z Tarsu ). Nie byłoby pięknej, bizantyjskiej liturgii bez Św. Jana Chryzostoma, patriarchy Konstantynopola. Wszystkie wyznania chrześcijańskie czerpią swoje żywotne siły z nauczania Ojców Kościoła, wszystkie są w nich zakorzenione, niezależnie od tego, z której strony pnia wyrasta kolejna gałązka, co słusznie zauważyła Pani Alicja Baranowska.
    A że lubi Pan kościelną tytulaturę, to w tę konwencję też wejdę i podpiszę się jak Pan sobie życzy.
    Ks. mgr Andrzej Stefański, proboszcz, moderator Unité Pastorale d’Incourt, archidiecezja mecheleńsko-brukselska

      Szanowny Księże Andrzeju
      Przykro mi, że w tak emocjonalny sposób odnosi się Ksiądz do mojej skromnej osoby, a wyważone, kulturalne, oparte na faktach i dokumentach Kościoła moje uwagi i argumenty, nazywa Ksiądz nieprzyzwoitymi, pogardliwymi, lekceważącymi, a nawet patologicznymi. Nigdy sam nie zniżyłem się do określania cudzych poglądów (nawet kompletnie mi obcych) tak mocnymi, a nawet obelżywymi słowami. Nie żywię jednakże do Księdza za to urazy, ponieważ jestem przekonany że to w gruncie rzeczy nie Księdza wina, lecz jego nauczycieli, mentorów, zwierzchników oraz środowiska, w którym Ksiądz się obraca. Moderniści oraz ich przyjaciele innych wyznań, są szkoleni i kształtowani do nienawiści względem osób wiernych Tradycji katolickiej Kościoła (osób szanujących jego 2000-letnią misję, nauczanie i doktrynę) tak, aby postrzegali wszystkich „tradycjonalistów” jako niepoprawnych wsteczników, wrogów i schizmatyków.

      Widzę, że najbardziej Księdza boli PRAWDA. Zwłaszcza prawda o ludziach, którzy wzgardzili Kościołem, którzy go nienawidzą, którzy go odtrącili, odeszli i głoszą kłamstwa na jego temat, którzy głoszą błędne, potępione przez Kościół nauki i którzy w żadnym wypadku nie mają zamiaru do Kościoła powrócić. Kto jak kto, ale Ksiądz powinien znać kanon 751 KPK i wiedzieć, co to jest herezja i schizma. Tymczasem tym drugim określeniem szafuje Ksiądz beztrosko (nie powiem bezmyślnie) i fałszywie wobec katolików wiernych Tradycji Kościoła, oburza się natomiast, gdy ktoś, zgodnie z prawdą formalną i materialną oraz z definicją KPK, określa tym mianem wspólnoty, które faktycznie są poza Kościołem. Jak nazwać takie postępowanie osoby duchownej, znającej historię, teologię i prawo kościelne?

      Zastanawiające jest, że widzi Ksiądz przysłowiowe źdźbło w oku „tradycjonalistów”, wytykając im różne podziały, a nie dostrzega belki we własnym środowisku Novus Ordo, gdzie tych podziałów jest znacznie więcej. Przecież to strona modernistyczna boryka się z episkopatami, które wbrew woli papieża głoszą inne nauki i mają inne praktyki niż naucza Kościół, to w waszym środowisku rozwija się neokatechumenat, Wir sind Kirche, Inicjatywa Proboszczów, amerykańska Konferencja Zakonów Żeńskich, czy niezliczone grupy tzw. charyzmatyków o rozmaitym, nieraz heretyckim nauczaniu. Faktem jest, że wszystkie środowiska „tradycjonalistów” (poza sedewakantystami) praktycznie nie różnią się niczym, ani w dziedzinie nauczania, Mszy św., dogmatów, ani dyscypliny, oraz szanują papieża (nie jego błędy), czego nie można powiedzieć o przeróżnych modernistycznych i wręcz heretyckich nurtach w środowisku Novus Ordo.

      To ciekawe, że argumenty, które podnosiłem w dyskusji nazywa Ksiądz „absurdalnymi”, tym bardziej, że nie głosiłem żadnych swoich tez, przemyśleń, ani sądów. Wszystkie stwierdzenia, które użyłem w polemice znajdują się w Magisterium Kościoła, niczego nowego nie wymyślałem. Czyżby Ksiądz, niezmienną naukę Kościoła trwającą przez liczne wieki uważał za „absurdalną” i mniemał, że dopiero od Soboru Watykańskiego II ta nauka stała się rozsądna, sensowna i mądra? Czy dla Księdza Kościół zaczyna się dopiero od 1965 roku? Oczywiście, że nie jest przypadkiem, że wszystkie dokumenty i teksty papieży, które zacytowałem, są wypowiedziami sprzed tego okresu. Po tym okresie pojawiła się bowiem „nowa nauka”, całkowicie odmienna, niż ta, którą głosił Kościół prawie przez 2000 lat (czego dowodem jest m.in. nasza polemika i przywoływane dokumenty).

      Dziwi mnie tylko, że świętych i Ojców Kościoła, których zacytowałem, próbuje Ksiądz łączyć z heretykami i schizmatykami, którzy pojawili się setki lat po śmierci tych świętych mężów. Czy argumenty, które zacytowałem z ich pism podzielają Księdza przyjaciele, oderwani od Kościoła, którzy świadomie nie chcą do niego powrócić? Co prawda, po analizie wszystkich Księdza wywodów, nie dziwi mnie już, że największego herezjarchę, który Kościołowi wyrządził niepowetowane do dnia dzisiejszego szkody, czyli Marcina Lutra, darzy Ksiądz tak wielką estymą. Oczywiście, że wszystkie sekty heretyckie i schizmatyckie, aby się uwiarygodnić, próbują dowodzić bałamutnie, że ich błędne, obce Kościołowi nauki, wywodzą się z Pisma Świętego i od pierwszych chrześcijan. Ciekawe tylko, czy przyjmują w całości dorobek Pisma Świętego, Doktorów i Ojców Kościoła z tamtych czasów, czy tylko wybierają to, co jest im wygodne w głoszeniu swoich błędnych nauk?

      Zastanawiam się, co powiedzieliby członkowie „wszystkich wyznań chrześcijańskich” oraz należący do nich przyjaciele Księdza, którzy w pogardzie mają Kościół, do którego nie chcą powrócić, ale którzy (jak Ksiądz twierdzi) „czerpią swoje żywotne siły z nauczania Ojców Kościoła, wszystkie są w nich zakorzenione”, np. na wypowiedź św. Eugeniusza z Kartaginy biskupa i męczennika: „Proszę was wśród łez, i zaklinam was na pamięć strasznego po śmierci sądu, abyście wytrwali w wyznawaniu wiary katolickiej. Zachowajcie przyrzeczenie uczynione na chrzcie św., żyjcie według przepisów wiary św., i unikajcie błędnowierców i ludzi innej religii, którzy chytrze i podstępnie wszczepiają w was jad swych nauk przewrotnych. Biada tym, którzy się im uwieść dają i wpadną do obozu nieprzyjaciół Chrystusa.”

      Prawdopodobnie żadne przedstawione przeze mnie argumenty do księdza nie trafią, ponieważ modernizm (potępiony przez papieży) głęboko wniknął już w struktury Kościoła i odcisnął swe straszne piętno na kapłanach i wiernych. Niemniej jednak proszę Księdza chociaż o przemyślenie, w czym nie mam racji, biorąc pod uwagę całokształt nauczania Kościoła, a nie tylko jego ostatnie 60 lat? Czym różnią się poglądy współczesnych katolików wiernych Tradycji, od katolików poprzednich wieków, a czym od katolików uznających tylko nauki posoborowe?
      Niech księdza Bóg błogosławi i prowadzi drogą Prawdy.

    Uważam, że szkoda czasu na komentowanie słów Pana Wiesława. Niepotrzebnie rodzi się tutaj polemika, która nic nie wnosi, niczemu nie służy, a przecież ludzkość mimo wszystko usiłuje dziś dążyć do wzajemnego zrozumienia.
    W jednym się mogę z Panem Wiesławem zgodzić. Że prawda jest niezmienna. Prawda jest niezmienna, bo jest nią SAM CHRYSTUS. Wszak On Sam powiedział JA JESTEM DROGĄ, PRAWDĄ I ŻYCIEM.
    Chrystus jest DROGĄ, którą staram się, wraz z moim Bratem Andrzejem, Siostrą Alą i tyloma innymi kroczyć ku Niebu.
    Chrystus jest PRAWDĄ. To JEGO SŁOWU, utrwalonemu w Piśmie Świętym i Tradycji pierwszych wieków Kościoła, WIERZĘ całym sercem. To, co potem wkradło się w nauczanie Kościoła rzymskokatolickiego – nie wszystko było dobre, jak słusznie Ala w swoim komentarzu zauważyła. W te różne, mniej szczęśliwe dodatki do depozytu wiary nie muszę i nie chcę wierzyć
    Chrystus jest ŻYCIEM. Życie Chrystusa, to Miłosierdzie. Mam głębokie przekonanie, że On nas WSZYSTKICH: i Alę i Andrzeja i Pana Wiesława i każdego absolutnie człowieka obdarzy Swoim Życiem – teraz i w wieczności. Przecież On powiedział, że Bóg jest Miłością. I miłości będziemy sądzeni. Św. Jan od Krzyża (+1591) mawiał: „Pod wieczór życia będziemy sądzeni z miłości”. Nie z tego, czy wierzyliśmy w to, co powiedział, czy napisał taki czy inny papież, ale z MIŁOŚCI – z tego, jak odnosiłem się do Sióstr, czy Braci…
    TO JEST NIEZMIENNA PRAWDA.

      Szanowny Księże Macieju

      Aczkolwiek zastrzega Ksiądz, że szkoda mu czasu na komentowanie moich słów, po czym dalej je komentuje, co rodzi pytanie, czy we wszystkim jest Ksiądz tak konsekwentny? Może to być także pewnym wyjaśnieniem, dlaczego Ksiądz powołuje się na dokumenty Kościoła, uczestniczy w „spotkaniach ekumenicznych”. ale nie wraca i nie ma takiego zamiaru, aby powrócić na jego łono…

      Nie mam zamiaru polemizować tu z aksjomatem, że CHRYSTUS JEST DROGĄ, PRAWDĄ I ŻYCIEM, ponieważ On sam to powiedział. Zastanawiam się jednak przy tym nad mentalnością modernistów, którzy podważają prawdę o Chrystusie i Jego Kościele, która głoszona była niezmiennie przez niemal 2000 lat i próbują teraz opowiadać całkiem inne, nowe prawdy, które rzekomo wynikają z „nowych czasów”, a ewidentnie przeczą nauce Pana Jezusa.

      Może więc Ksiądz powie, do którego wieku nauczanie Kościoła Ksiądz akceptuje… do I, II, III, IV, czy któregoś późniejszego? Czy nauczanie z „pierwszych wieków Kościoła” przyjmuje Ksiądz w całości, czy również wybiórczo? Co złego było w późniejszym nauczaniu Kościoła, co tam „złego się wkradło”? Pani Alicja niestety, poza stwierdzeniem, że nie podoba się jej ewangeliczne nazywanie błędnowierców „heretykami”[od gr. haireseis – niezgody, rozdarcia, odszczepieństwa], nie wskazuje niczego, co Ksiądz nazywa „złymi rzeczami”. Tak więc nie wiem, co to są owe „mniej szczęśliwe dodatki do depozytu wiary”? Nie spotkałem się nigdzie, w żadnym nauczaniu katolickim, ani w dokumencie Kościoła, ze stwierdzeniem, że „Chrystus nie jest ŻYCIEM”. Jeśli ma Ksiądz jakieś dowody na to swoje (delikatnie mówiąc) pomówienie, to proszę je wskazać.

      Nie jestem pewien (w przeciwieństwie do Księdza), że Chrystus „nas WSZYSTKICH […] i każdego absolutnie człowieka obdarzy Swoim Życiem – teraz i w wieczności.” Absolutnie to nie wynika, ani z nauk Pana Jezusa, ani Jego Kościoła. Wręcz przeciwnie, jest wiele przykładów, w których dowiadujemy się od samego Chrystusa, że tylko nieliczni dostąpią zbawienia. W wielkiej pokorze, codziennie w swoich modlitwach błagam Pana Jezusa, aby również mnie nie odtrącił, bo nie mam żadnej pewności, czy zasługuję na zbawienie. Miłość bowiem, jak naucza Ewangelia nie jest akceptacją i wyrozumiałością dla zła i błędu (ani swoich własnych, ani żadnego z bliźnich), lecz polega na wypełnianiu wszystkich przykazań Bożych i czynienia tego, co w naszej mocy, aby wszyscy błądzący porzucili swoje sprośne błędy Niebu obrzydłe, powrócili do Kościoła i z gorliwością wypełniali nauki przez ten Kościół głoszone w sposób niezmienny od czasów Chrystusa i Apostołów, poprzez świętych, męczenników, Doktorów, Ojców Kościoła i papieży. Chrześcijańska miłość do bliźniego jest wynikiem pewności, że samemu przyjęło się zbawcze poznanie i zbawczą miłość Chrystusa, do której mają prawo również wszyscy ludzie i na którą w głębi serca czekają.

    Panie Wiesławie,

    nie zamierzam się wdawać w dłuższe polemiki, bo ani nie czuję się na tyle kompetentna, ani chyba nie mam na to ochoty. Odniosę się tylko do jednej rzeczy. Owszem, doktryna jest zmienna i może też być na nowo interpretowana. Nie każda doktryna. Dogmaty są niezmienne, to jest jasne. Ale są też inne, niższe poziomy doktryny i różne stopnie nauczania. Te mogą podlegać modyfikacjom czy reinterpretacji w miarę tego, jak nasza wiedza i świadomość się poszerza. Kiedyś doktryna Kościoła odrzucała choćby teorię heliocentryczną, odrzucała ewolucję – teraz chyba nikt poważny nie głosiłby tego, że to, co nauka udowodniła, nie jest prawdą, a świat Bóg stworzył w siedem dni. Kiedyś nauczanie kościelne usprawiedliwiało niewolnictwo, teraz musi się coś przeciwnego, bo wiemy, że to jest sprzeczne z godnością ludzką. Tylko to nigdy nie były dogmaty, natomiast ta zmienna część doktryny jak najbardziej. Tak samo Sobór Watykański Drugi wiele rzeczy odczytał na nowo. I chwała ojcom soborowym za to. Choć ja osobiście w wielu kwestiach poszłabym znacznie dalej. Ale ja urodziłam się kilkanaście lat po soborze, więc mam inne doświadczenie pokoleniowe niż biskupi zebrani w Watykanie w latach 1962-65 🙂

      Szanowna Pani Alicjo

      Nie wiem jakich używa Pani kryteriów, które odróżniają doktrynę od dogmatu, oraz od nieomylnego Magisterium Kościoła (tak, coś takiego również istnieje!)? Owszem, wszystkie dogmaty są niezmienne. Także doktryny Kościoła dotyczące wiary i moralności, ujęte w nieomylnym Magisterium, również są niezmienne. Mówi o tym stałe nauczanie Kościoła, co zdefiniowane jest m.in. orzeczeniem I Soboru Watykańskiego oraz ujęte w ”Przysiędze antymodernistycznej”, która przestrzega, że papieżowi nie wolno zmienić żadnego elementu nauczania Kościoła, gdyż nie jest ono jego własnością. Nie jest więc możliwe, by papież zmienił obiektywną prawdę wiary objawioną przez Boga, jak również nie wolno mu wyjaśniać nauki wiary w sposób odmienny od tego, co Kościół zawsze utrzymywał; musi on nauczać doktryny – wedle słów I Soboru Watykańskiego i Przysięgi antymodernistycznej – „w tym samym sensie i w tym samym rozumieniu”. Papież ma więc prawo, a nawet obowiązek nauczania i przekazywania tej obiektywnej prawdy, ale nie ma żadnego prawa przekształcania jej w jakikolwiek sposób.

      Pius XII w encyklice „Humani Generis” naucza: „Co w encyklikach wykłada się i z naciskiem podkreśla, to zazwyczaj już skądinąd do nauki katolickiej należy. Jeżeli zaś najwyżsi Pasterze w dokumentach swoich o jakiejś kwestii, dotychczas dyskutowanej, dają rozstrzygające wyjaśnienie, dla wszystkich staje się jasnym, że w myśl i wedle woli papieży, nie wolno już uważać tej kwestii za rzecz podlegającą swobodnej dyskusji teologów.” Tak więc z tego orzeczenia wynika jasno, że kolejni papieże mają prawo rozstrzygać tylko te kwestie, które nie były wcześniej przedmiotem decydującego rozstrzygnięcia dokumentem papieskim i nadal są dyskutowane w Kościele. Gdy jednak papież tą kwestię rozstrzygnie, dyskusje się kończą, a orzeczenie papieskie staje się częścią nieomylnego Magisterium, którego nikt, nawet jakiś kolejny papież, nie ma prawa zmienić – rozwijać, tłumaczyć, wyjaśniać – tak, ale tylko „w tym samym sensie i w tym samym rozumieniu”.

      Myli się Pani co do „teorii heliocentrycznej” i „teorii ewolucji”. Nigdy te sprawy nie były przedmiotem orzeczeń nieomylnego Magisterium, a więc nie stanowiły doktryny Kościoła. Nauka Kościoła (Magisterium) w sprawach wiary i moralności nie może podlegać zmianom. Powiedział o tym już św. Paweł: „Przeto, bracia, stójcie niewzruszenie i trzymajcie się tradycji, o których zostaliście pouczeni bądź żywym słowem, bądź za pośrednictwem naszego listu” (2 Tes 2, 15). Przez 2000 lat żaden papież nie mógł zmienić Magisterium, do którego należą także dokumenty różnych papieży dotyczące wiary i moralności. Jeżeli, któreś nauczanie nie zgadza się z wcześniejszym (odnośnie wiary i moralności, a nie np. teorii ewolucji, celibatu, ubioru, zwyczaju itp), to jest dla Kościoła i wiernych niewiążące lecz uważa się je za heretyckie. W sprawach wątpliwych, niejasnych, kontrowersyjnych, należy postępować jak nakazuje św. Paweł, a w sposób krótki i jednoznaczny wyraził kard. Carlo Caffarra: „wobec niejasności konieczne jest zastosowanie zwykłej zasady, jaką zawsze kierował się Kościół katolicki: interpretacji zgodnej z dotychczasowym Urzędem Nauczycielskim – w kwestiach doktryny i moralności Magisterium nie może zaprzeczać samo sobie.”

      Myli się Pani również w pozostałych przykładach. „Siedem dni stworzenia” Kościół uznaje za prawdę objawioną w Piśmie Świętym, co nie znaczy, że twierdzi, iż miało to miejsce w ciągu siedmiu dwudziestoczterogodzinnych dób ziemskich, ponieważ Pismo głosi również, że „jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień” (2 P 3,8), co również należy rozumieć symbolicznie, a nie dosłownie. Dla Boga bowiem, czas nie ma żadnego znaczenia, gdyż jest On wieczny. Równie dobrze można by spekulować, że Bóg liczy czas wg 'zegara aniołów’ a aniołowie liczą rok wg obrotu całej galaktyki. Jak jest naprawdę, dowiemy się po śmierci. Nigdy więc Kościół nie stworzył doktryny, która orzekałaby, że Bóg stworzył świat w ciągu 7 dni ziemskich. Także jeśli chodzi o niewolnictwo, to Kościół nigdy go nie usprawiedliwiał. Nie ma takiej doktryny w dziejach Kościoła. Swego czasu bardzo dokładnie wyjaśniał to ks. prof. Stanisław Koczwara, dowodząc, że chrześcijaństwo nie dążyło do zmiany rzeczywistości społecznej środkami rewolucyjnymi. Przeciwnie – szanowało starożytne instytucje społeczne i polityczne, a w kwestii niewolnictwa rzecz była o tyle trudniejsza, że niewolnictwo było podstawą systemu ekonomicznego pogańskiego świata, podstawą jego egzystencji. Każde więc gwałtowne uderzenie w instytucję, której czas nadał pozory prawa, wprowadziłoby niewyobrażalny chaos w społeczeństwie. Stąd Kościół nie wydał formalnej proklamacji za jednym zamachem znoszącej wszystkie prawa pana do niewolnika, ale od samego początku i z całą siłą zaatakował idee i obyczaje, dążąc do przeobrażenia całego społeczeństwa i zniesienia niewoli przez odrodzenie duchowe chlebodawców i niewolników. Taka powolność służyła dobru samego niewolnika, trzeba było bowiem wpierw jego samego przekonać, że jest człowiekiem, wyrwać z jego duszy jad zemsty i doprowadzić ją do wewnętrznej równowagi, a dopiero potem obdarzyć wolnością. W przeciwnym razie, zamiast ludzi stworzono by potwory. Kościół piętnował więc dwie rzeczy składające się na istotę niewolnictwa – pogardę dla człowieka i pogardę dla pracy. Kościół cenił niewolnika tak samo jak jego chlebodawcę, te same kładąc na jego czoło oleje święte i do tej samej Uczty Eucharystycznej go dopuszczając. Mógł zostać kapłanem, biskupem, nawet papieżem (Kalikst), a więc rządził wolnymi z urodzenia.

      Reasumując, w Kościele niezmienne są nie tylko skodyfikowane dogmaty, ale również nieomylne Magisterium, zawarte w orzeczonych dokumentami papieskimi doktrynach, mówiących o wierze i moralności. Nieomylne nauczanie musi się więc ściśle wiązać z Prawdą Objawioną i Tradycją Kościoła, o czym mówi ks. Stanisław Bartynowski, słynny teolog i apologeta Kościoła: „Przedmiotem nieomylności jest cała prawda objawiona i wszystko, co jest z nią w koniecznym związku. Natomiast nie wchodzą w zakres nieomylności prawdy nie odnoszące się do religii i zbawienia dusz, albowiem tych Chrystus nie uczył, ani też Kościołowi nie kazał ich uczyć.” Sobór Watykański II jak Pani twierdzi, i owszem mógł „odczytywać na nowo” wiele rzeczy zawartych w Magisterium, ale tylko „w tym samym sensie i w tym samym rozumieniu” jak Kościół nauczał wcześniej.

    Och Panie Wiesławie, co ja mam z Panem….
    Myli się Pan bardzo. Jak wielu księży urodzonych po Soborze, miałem swój epizod fascynacji tzw. Mszą Wszechczasów. Nie pamiętam jej z okresu dzieciństwa, bo odkąd sięga moja swiadoma pamięć liturgiczna, sprawowany był zawsze NOM. Kiedy więc pierwszy raz natrafiłem na mszę przedsoborową, zadziałał mechanizm pewnej nowości, który mnie pociągnął i zainteresował. Kilka też razy odprawiłem tę liturgię dla lokalnego środowiska tradycjonalistów, skupionych wokół Bractwa Świętego Piotra Apostoła. Jestem bowiem zwolennikiem liturgicznej różnorodności: niech mają prawo do swojej liturgii grekokatolicy, maronici, zwolennicy rytu neokatechumenalnego. Wie Pan dobrze, że Kościół zachodni znał od wieków liturgiczną różnorodność. Mieliśmy ryt celtycki, galijski, mozarabski na Półwyspie Iberyjskim. Potem dopiero przejechał przez Zachód Europy „łaciński walec”, który wszystko zunifikował i dziś mamy z tego tylko obrządek ambrozjański w archidiecezji mediolańskiej.
    Niech więc i msza przedsoborowa trwa, póki są ludzie, dla których jest ona źródłem duchowego wzbogacenia. Czy wie Pan, że są środowiska luteran, którzy również odprawiają przedsoborową mszę, nie mówiąc o anglikanach z Wysokiego Kościoła?
    Ale błagam, niech nie idzie za tym religijny skansen, który nie dostrzega potrzeby ewolucji dogmatów i ciągłego odczytywania Ewangelii w świetle wyzwań współczesnego świata. Pozdrawiam serdecznie.

      Szanowny Księże Andrzeju
      Fascynacja Mszą Wszechczasów prawdopodobnie dotyka wielu ludzi (nie tylko katolików), ale nie ma ona nic do rzeczy w kontekście naszego sporu, który dotyczy przed i po soborowego nauczania Kościoła. Wiem, że wielu progresistów oraz w ogóle katolików związanych z NOM myśli, że problem z „tradycjonalistami” zaczyna się i kończy na „Mszy trydenckiej”. Mniemają, że jeśli ograniczy się jej sprawowanie, utrudni dostęp, zepchnie do skansenu „dawnych rytuałów”, a wreszcie zakaże, to problem sam zniknie. Nic bardziej mylnego. Związany jestem z tą liturgią już kilkanaście lat, więc wiem, że i owszem, są wśród „tradycjonalistów” osoby nią zafascynowane, które uczestniczą w jej celebracji tylko ze względów estetycznych , rzadziej sentymentalnych (niezwykle mało jest osób, które pamiętają tą Mszę Św. z czasów przed NOM). Po pewnym czasie (jeśli wytrwają w tej fascynacji dłużej) zmienia się ta fascynacja i zauroczenie w żarliwą pobożność, chęć poznawania poszczególnych, niezrozumiałych początkowo części Mszy, modlitw, gestów, symboliki, a w końcu dochodzi do szukania odniesień do genezy, historii, znaczenia, poznawania tradycyjnego, odwiecznego nauczania Kościoła i konfrontowania go z nowym, posoborowym nauczaniem. Odkrywamy wtedy w całej jaskrawości różnice, sprzeczności, najmniejsze nawet zmiany, które dokonały się, nie tylko w liturgii, ale przede wszystkim w wierze katolików. I w tym tkwi właśnie problem, a nie w kultywowaniu „religijnego skansenu”, jak był łaskaw Ksiądz nazwać katolickie środowiska tradycji katolickiej. Katolicka, tradycyjna Msza Święta w zrozumieniu nauki Kościoła, w żarliwej pobożności, świadomości katolickiej tożsamości, właściwym pojmowaniu miłości Boga i bliźniego, jest najważniejszym i nieodzownym elementem, zgodnie z zasadą „lex orandi, lex credendi”. Wyrazili wręcz profetycznie w „Krótkiej analizie krytycznej Novus Ordo Missae” [http://swiety.krzyz.org/kak.htm] kardynałowie: Ottaviani i Bacci, którzy przewidzieli wszystkie negatywne skutki podmiany klasycznej katolickiej Mszy Świętej na „banalny wytwór chwili”, jak określił NOM kard. Józef Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary we wprowadzeniu do francuskiej edycji książki msgr Klausa Gambera „La Réforme liturgique en question”.

      Drogi Księże Andrzeju, dziwię się, że nikt Księdzu nie powiedział, że „Ewolucja dogmatów” jest teorią stricte modernistyczną, czyli heretycką, potępioną wielokrotnie przez Kościół. Pogląd ten sprzeciwia się nieomylnemu Magisterium, m.in. wyrażonemu przez Sobór Watykański I: „Jeśli ktoś twierdzi, że jest możliwe, aby niekiedy dogmatom przez Kościół przedłożonym podług postępu wiedzy trzeba było dać inne znaczenie, niż takie, w jakim je pojmował i pojmuje Kościół – niech będzie wyklęty.” Do czasu Soboru Watykańskiego II, wszyscy kapłani zobowiązani byli do składania wprowadzonej przez św. Piusa X „Przysięgi Antymodernistycznej”, która kategorycznie zobowiązywała do odrzucenia teorii ewolucji dogmatów. Przysięga ta (którą złamali wszyscy ci, którzy ją składali, a po SWII wkroczyli na ścieżkę herezji modernistycznej) jest faktycznie niczym innym jak wyznaniem wiary katolickiej: „(…) szczerze przyjmuję naukę wiary przekazaną nam przez Apostołów, w tym samym zawsze rozumieniu i pojęciu. Przeto całkowicie odrzucam jako herezję zmyśloną teorię ewolucji dogmatów, które z jednego znaczenia przechodziłyby w drugie, różne od tego, jakiego Kościół trzymał się poprzednio.”

      Błagam więc Księdza na wszystkie świętości, z chrześcijańskiej miłości bliźniego, w trosce o zbawienie duszy, aby zszedł Ksiądz z tej niebezpiecznej drogi, która wiedzie na zatracenie. Pozostaję w modlitwie. Z Panem Bogiem.

    Zapomniałem dodać jednej ważnej rzeczy, Drogi Panie Wiesławie. Otóż Starokatolicki Kościół Mariawitów sprawuje cały czas, od momentu swojego powstania, Mszę przedsoborową. Oczywiście, jest ona sprawowana po polsku, ale pod względem rytów liturgicznych, modlitw , zwróceniem duchownego ad orientem, jest to „jeden go jednego” taka sama msza, jaką Wy odprawiacie w Waszych środowiskach. Więc jeszcze raz dodam: nie forma sprawowania liturgii jest problemem naszej dyskusji, ale interpretacja doktryny Kościoła.

      Drogi Księże Andrzeju, już IV Sobór Laterański zdefiniował w sposób uroczysty dogmat „poza Kościołem nie ma zbawienia” (Eccesiam nulla salus) stwierdzając nieomylnie: „Święty Kościół Rzymski mocno wierzy, wyznaje i głosi, że nikt, kto nie jest w Kościele katolickim, nie tylko poganie, ale i żydzi, albo heretycy i schizmatycy, nie mogą dostąpić żywota wiecznego, lecz pójdą w ogień wieczny, „który zgotowany jest diabłu i aniołom jego” (Mt 25, 41), jeżeli przed końcem życia nie będą przyłączeni do niego [Kościoła]. (…) Nikt też, choćby nie wiedzieć jakie dawał jałmużny, a nawet przelał krew dla Imienia Chrystusowego, nie może być zbawiony, jeżeli nie wytrwa w łonie i jedności Kościoła katolickiego.” Tak więc, Księże Andrzeju, nie ma znaczenia, co heretycy i schizmatycy robią dobrego poza Kościołem, czy odprawiają taką, czy inną mszę, czy udzielają jałmużny, czy nawet krew przelewają dla Chrystusa – nie mogą dostąpić zbawienia, jeśli nie powrócą do Matki-Kościoła. Czy Ksiądz na spotkaniach i rozmowach ze swoimi „braćmi odłączonymi”, namawia ich do powrotu, czy tylko deliberuje, jak by tu zmienić nauczanie Kościoła, aby tylko zadowolić ich oczekiwania?

    Drogi Panie Wieslawie, pyta Pan Ks. Macieja, jakie bledy wkradly sie do nauczania Kosciola rzymskiego w drugim tysiacleciu. Alez byla ich ogromna ilosc! A ich ukoronowaniem jest dogmat o nieomylnosci Papieza, nie majacy zadnego biblijnego ani patrystycznego uzasadnienia. Dobrze Pan wie, ze niewielu jest wyznawcow naszego Kosciola ktorzy w niego wierza, poczynajac od Papiezy ostanich dziesiecioleci, ktorzy wstydliwie przemilczali ten niewygodny „prezent” , ktory otrzymali w spadku po Soborze Watykanskim I.
    Swiety Nasz Ojciec Franciszek czesto wspomina, ze nalezy powrocic do dyskusji o charyzmacie Nastepcy Swietego Piotra, ktory , jak wczyscy wiemy, przez cale pierwsze tysiaclecie byl „primus inter pares”. Nie jest przypadkiem, ze pierwsze slowa, jakie Franciszek wypowiedzial, ukazajac sie na balkonie bazyliki Swietego Piotra byly nastepujace: „kardynalowie wybrali nowego Biskupa Rzymu”. Podkreslil tym samym, ze w pierwszej kolejnosci jest biskupem ordynariuszem diecezji rzymskiej, choc majacym dodatkowa misje wobec Kosciola Powszechnego.
    Ale ja nawet nie o tym chcialem, Ks. Maciej, jesli bedzie mial zyczenie, odniesie sie do Pana wypowiedzi.
    Mnie najbardziej godne pozalowania, wydaja sie nastepujace slowa, ktore Pan uzyl w jednym ze swoich komentarzy: „Tak więc, Księże Andrzeju, nie ma znaczenia, co heretycy i schizmatycy robią dobrego poza Kościołem, czy odprawiają taką, czy inną mszę, czy udzielają jałmużny, czy nawet krew przelewają dla Chrystusa – nie mogą dostąpić zbawienia, jeśli nie powrócą do Matki-Kościoła”.
    Czyli, Panie Wieslawie, niech sie Pan tutaj zdeklaruje zebysmy wiedzieli: mam rozumiec, ze w swietle tego, co Pan pisze, tylko tradycjonalisci beda zbawieni?
    To ciekawe, bo do tej pory, slyszalem takie slowa z ust Swiadkow Jehowy, ktorzy pukaja czasem do naszych drzwi i namawiaja do nawrocenia, bo inaczej zbawienie jest niemozliwe. To zastanawiam sie kto ma racje.
    Problem polega na tym Panie Wieslawie, ze my mamy nadzieje zycia wiecznego, Wy zas macie pewnosc, ktora niestety, popycha Was do tego, by odmawiac zbawienia innym. A to niestety nie jest postawa ewangeliczna i chrzescijanska, bo tak czynili faryzeusze, ktorzy uwazali sie za lepszych od innych. I prosilbym bardzo,: liczba cytatow, ktore Pan umieszcza w swoich postach, swiadczy niewiatpliwie o Panskiej erudycji, znajomosci historii Kosciola i jego dokumentow. Ale naprawde, nie przekonuje mnie to do Panskich racji, mozna sobie podarowac, bo szkoda i Panskiego i mojego czasu.

Zostaw komentarz