KONGRES Katoliczek i Katolików

Nasze opinie

O minimalistach

O minimalistach

Motu proprio papieża Franciszka na nowo rozpaliła spór między zwolennikami nowego i starego rytu Mszy Świętej. I jak zwykle poza horyzontem uwagi obu stron sporu pozostają ci, którzy czują się obco w obu tych tradycjach. Duchowi minimaliści.

Wymyślona przeze mnie kategoria „duchowych minimalistów” odnosi się oczywiście do modnego, ale wcale nie odkrywczego, a przez swoją popularność wcale nie pozbawioną głębokiego sensu, pojęcia minimalizmu. Najczęściej opisuje ono postawę samoograniczenia konsumpcji, wyrzeczenia się posiadania wielu dóbr materialnych, koncentracji na codziennych, prostych doświadczeniach. Aż trudno zrozumieć, dlaczego Kościół nie widzi w minimalistach swoich naturalnych sojuszników i nie propaguje takiej postawy. Przecież to czysta Ewangelia i rdzeń tego ruchu, który kazał chrześcijanom pierwszych wieków wyprowadzać się na pustynię, czym zbudowali fundamenty pod monastyczną duchowość Kościoła.

Duchowy minimalista szuka w pobożności tego, co proste, skromne, ciche, intymne i naturalne. Uwielbia wejść do pustej świątyni w środku tygodnia, czerpie radość z porannej modlitwy sprowadzającej się wyłącznie do uczynienia znaku krzyża, religijnie satysfakcjonującym pożegnaniem dnia jest tylko prośba o „sen spokojny i śmierć szczęśliwą”. Oddaje on cześć Bogu w wielogodzinnych wędrówkach po górach, w skupieniu nad cudem życia w postaci przypadkowo napotkanego mieszkańca lasu, w podziwie dla Bożej iskry w ludziach tworzących dzieła sztuki, nauki i techniki. Spełnia się jako chrześcijanin w prozaicznych obowiązkach domowych i zawodowych, dużo czyta, prowadzi nieustanny dialog wewnętrzny, rozważa.

Duchowego minimalistę odpycha to, co jest zagęszczone od znaczeń, bogate w ornamentykę, napuszone, sztucznie uwznioślone, teatralnie udziwnione, kunsztownie oprawione, narzucające się, głośne, tłumne, pełne znaków, gestów i słów. Duchowy minimalista nie jest w stanie znieść mszy trydenckiej, cierpienie zadają mu dwugodzinne celebry papieskie, ledwie toleruje zwykłą, niedzielną mszę parafialną i modli się, aby nie okazało się, że trafił na „sumę”. Duchowy minimalista dostaje drgawek, gdy kazanie trwa dłużej niż dziesięć minut, gdy znajdzie się na mszy „śpiewanej”, gdy zmusza się go do straty czasu na banał lub bzdurę, którą sprzedaje się jako prawdę objawioną lub niezbędną do zbawienia.

Tak rozumianego minimalizmu nie można traktować jako objawu niewielkich potrzeb religijnych, niedojrzałej wiary, braku właściwej wiedzy lub letniości chrześcijaństwa. To objaw jednego z typów pobożności, który choć zepchnięty na margines, niewidzialny i właściwy być może tylko dla nielicznych, to przecież istniejący, otrzymany od Boga i nie mniej owocny od pozostałych. Dlaczego głęboko zakorzeniona niechęć do masowych pielgrzymek, parafialnych rekolekcji, powitań biskupa, peregrynacji kopii obrazów, procesji z relikwiami, mszy na stadionach, nowenn, uroczystych aktów zawierzenia, prężnych duszpasterstw i innych tłumnych wydarzeń skazuje na bycie katolikiem drugiej kategorii. To doświadczenie pogłębia się, gdy nie mając odpowiednich propozycji ze strony Kościoła (same rekolekcje ignacjańskie nie rozwiązują sprawy, zresztą nie są dla wszystkich), taki minimalista sięga po praktyki kojarzone z innymi religiami, jak medytacja czy joga. Wówczas ceną za wierność sobie jest lęk przed odejściem od ortodoksji.

Wśród takich minimalistów są też, a może przede wszystkim, te osoby, które w podobny sposób funkcjonują w innych dziedzinach życia: wysoko wrażliwi, cierpiący na fobie społeczne, nerwice, doświadczający jakiegoś stanu ze spektrum autyzmu. I mówię tu o osobach prawidłowo funkcjonujących w społeczeństwie, wykształconych, robiących kariery, tworzących zdrowe rodziny. To ci, których byśmy nie podejrzewali, jakim dzieje się to ich kosztem osobistym. To ci, którzy będąc ekspertami w swoich dziedzinach, cierpią tortury podczas wystąpień publicznych. To ci, którzy nie odmawiają spotkań towarzyskich, ale potrzebują kilku dni odpoczynku po przysłowiowych „imieninach u cioci”. To ci, którzy kochają swoich najbliższych, ale nie potrafią zrelaksować się, gdy w tle słyszą telewizor, rozmowy lub nawet stukot klawiatury. To wreszcie ci, których wewnętrznie skręca, gdy w perspektywie niedzieli mającej być przecież odpoczynkiem, dniem radości i luzu, widzą Mszę Świętą, która ich zmęczy, zdenerwuje i zabierze resztki psychicznych sił, bo wiąże się z tłumem, głośnymi dźwiękami i silnymi emocjami wywołanymi przez ewidentnie zaburzonego księdza.

Długo akceptowałem taki stan rzeczy, przyjmowałem jako moją ofiarę, którą kładłem na ołtarzu. Z czasem jednak zrozumiałem, że teologicznie jest to cieniutkie, bo istnieje tylko jedna Ofiara i to na jej pamiątkę sprawujemy msze; jest życiowo niedojrzałe, bo biorę udział w czymś co mi nie odpowiada; jest psychicznie dewastujące, bo stykałem się z sytuacjami, które wytrącały mnie z równowagi, osłabiały odporność, demotywowały. Jakimś rozwiązaniem stały się wieczorne Eucharystie w sobotę, a później „ostatnia Msza w mieście” u dominikanów na Freta. To było miejsce, które najmniej mnie bolało, bo to nabożeństwo ciche, krótkie, najczęściej z kazaniem, które nie kaleczyło uszu, z przygaszonym światłem. Może dla innych to detale, ale dla mojego minimalnego komfortu, który pozwala owocnie korzystać z Sakramentu Eucharystii, to sprawy decydujące. Wiem, że to zabrzmi absurdalnie, ale decyzja (zapewne słuszna z powodów bezpieczeństwa) o zapaleniu dodatkowych świateł, opuszczenie klasztoru przez zakonnika-psychoterapeutę, który przewodniczył tym mszom oraz utrudnienia związane z parkowaniem spowodowały, że trwałem tam już tylko z braku innych możliwości. Kompromitacja dominikanów w sprawie wrocławskiego duszpasterstwa sprawiła, że i ta stała się psychicznie zbyt wymagająca.

Czy duchowi minimaliści mają jeszcze dokąd pójść?

O autorze

Dariusz Kubaszewski

3 Komentarze

    I tak przynajmniej raz w roku wyrwać się w bezludny kawałek świata z najbliższą osobą a może dwoma (nie więcej niż trzy) i się zachwycić tak pełna piersią i całym sobą jak piękny może być ten świat bez tych wszystkich obrzędów i form koniecznych – wymuszonych.

    Bardzo ciekawa definicja. I bardzo szeroko scharakteryzowana. Myślę, że wiele osób mogłoby się utożsamić z wieloma jej cechami chociaż, tak by się nie nazwali. Sam utożsamiam się z wieloma postawami, jak niechęć do patosu, czy uczucie zmęczenia parafialną Mszą. Rozumiem również, że ktoś może tak odbierać rzeczywistość współczesnego Kościoła i mieć takie potrzeby, a nie inne. Zastanawiam się rónocześnie czy można w tak dużym odosobnieniu, dystansie i wręcz izolacji być ewangelicznym “światłem świata”? Czy w tym kontekście minimalizm nie brzmi negatywnie? Jakby człowiek nie był zraniony, poturbowany, to chrzescijaństwo (nawet minimalne) wymaga choćby małej wspólnoty, relacji, wsparcia i dzielenia się wiarą. Pozdrawiam

    Ten tekst uświadamia, jak boleśnie przeżywane jest oddalenie Kościoła od człowieka, który mimo wszystko chce w nim trwać.

Zostaw komentarz