KONGRES Katoliczek i Katolików

Nasze opinie

Synodalna zabawa w chowanego?

Synodalna zabawa w chowanego?

Obserwując trwający w Polsce synod, w którym  papież Franciszek upatruje szansę dla Kościoła na  wspólną drogę, doznajemy pewnego zawodu. Z jednej strony  wiosną  Papież zapowiedział synod, z drugiej wydaje się, że oficjalne jego rozpoczęcie 10 października 2021 roku zaskoczyło większość duchownych i świeckich, jak drogowców przysłowiowa zima.

 Faktem jest, że w większości diecezji odbyły się msze inauguracyjne w intencji synodu, ale jak na razie w wielu przypadkach nie widać, aby stały się one „otwarciem szeroko drzwi” z zaproszeniem wiernych do wspólnego udziału w tym wydarzeniu. Franciszek zwrócił wszak uwagę, że celebrowanie Synodu jest piękne i ważne, ale pozostanie owocne, jeśli staje się żywym wyrazem bycia Kościołem.

Głos papieża Franciszka: „obyśmy byli… otwarci na niespodzianki Ducha Świętego” najwyraźniej nie wzbudził entuzjazmu, nie licząc jednego lub drugiego biskupa, kilkunastu księży i stosunkowo wąskiej grupy świeckich, chociażby tych z Kongresu KK.

To, że temat synodu nie przebił się jak dotąd do świadomości większości świeckich, jest po części zrozumiałe, jeśli przyglądamy się temu, jaka jest informacja oraz zachęta ze strony duszpasterzy. Z analizy wszystkich internetowych stron polskich diecezji na dzień 19.12.2021 roku wynika, że aż w czternastu z nich brak jest informacji o synodzie. To w jakiejś mierze może przekładać się na postawy proboszczów, którzy niezachęceni przez biskupów w konsekwencji nie zapraszają do szerszego udziału wiernych. Tym ostatnim nie mówi się, że czas określony w poszczególnych diecezjach dla podjęcia faktycznego wzajemnego słuchania zasadniczo już minął lub skończy się niebawem. Informacje w tej sprawie na stronach diecezjalnych, tak nawiasem mówiąc, są różne.

Czy obecny synod, który chyba pierwszy raz posiada tak szeroką formułę czasową oraz terytorialną, autentyczny głos Kościoła, ma się zakończyć wypełnieniem formularza? Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że wspólną drogą, o której mówi Franciszek, pójdą być może biskupi, część duchownych, ale nie świeccy, których z różnych przyczyn na niej zabraknie. Ci nieliczni zaangażowani mają w pamięci poprzednie synody diecezjalne oraz oddolne inicjatywy, które zwykle kończyły się w podobny sposób – marginalizacją.

Papież Franciszek wydaje się jednak zdeterminowany i dlatego kieruje do wszystkich, a może w szczególności do duszpasterzy pytanie:

Czy jesteśmy gotowi podjąć przygodę podróży, czy też, bojąc się nieznanego, wolimy schronić się w wymówkach typu „nie potrzeba” i „zawsze robiliśmy to w ten sposób”?

Przyzwyczailiśmy się do tego, że pierwszym, który w Polsce podejmuje inicjatywy papieża Franciszka, jest biskup Grzegorz Ryś. I faktycznie, gdy wchodzi się na stronę diecezji łódzkiej, widać, że w sprawie synodu dzieje się dużo: konferencje, spotkania z wiernymi, modlitwa. W pozostałych diecezjach jest bardzo różnie. Są parafie, a nawet diecezje, w których jak na razie dzieje się  niewiele lub nic. Czy nie dochodzi w wielu przypadkach do świadomej marginalizacji tego, co może być prawdziwą szansą wsłuchania się w głos tych z naszych sióstr i braci, którzy często nie ze swojej winy znaleźli się na obrzeżach Kościoła?

Adwentowe oczekiwanie na spotkanie z małym Dzieciątkiem, rodzącym się właśnie gdzieś na obrzeżach, daje ciągle nadzieję, że to, co dokonało się dwa tysiące lat temu, może mieć miejsce i dziś.

Papież Franciszek nieraz próbował uwrażliwiać nas na głos płynący od osób z marginesu. Ten głos wybrzmiał wyraźnie w synodzie amazońskim. Jest on równie ważny w obecnym synodzie, gdzie „włączenie (czyli) podejmowanie wszelkich starań, aby zaangażować tych, którzy czują się wykluczeni i marginalizowani” jest jedną z wytycznych Vademecum synodalnego.

Kim są w tym kontekście osoby, które określamy czasem z nieuprawnioną wyższością jako  „obrzeża”? Jeśli uznamy, że  tymi, którzy znaleźli się na marginesie Kościoła, jest dzisiaj  młodzież, musimy podjąć próbę ich wysłuchania. Synod powinien zapewniać czas i przestrzeń do tego procesu. Nie wystarczy wyłącznie modlitwa, a samo wołanie: „Panie pokaż nam drogę” bez zamiaru wejścia na nią, czyli bez zaproszenia na spotkanie, słuchanie i rozeznawanie wszystkich,jest zabawą w chowanego.

O autorze

Andrzej Kozielski

8 Komentarzy

    Kościół chcą zmieniać tylko te siły, które doprowadziły do jego przemiany na Soborze Watykańskim II oraz w okresie posoborowym, czyli moderniści. Ich celem było i jest “otwarcie Kościoła na świat”, odcięcie się od wcześniejszych norm, zwyczajów, liturgii i nauczania, celem jest zaś “uwspółcześnienie” zgodne z “duchem czasu”. Modernizm czerpie swoje inspiracje z protestantyzmu i jest jemu pokrewny.

    Według modernistów, aby zrozumieć i zaakceptować Kościół, należy zbudować most pomiędzy objawioną Ewangelią a podlegającą ciągłym zmianom myślą i kulturą ludzkości. Adaptacja taka oznaczała w gruncie rzeczy wyrzeczenie się podstawowych doktryn katolickich, co implikuje twierdzenia, że Kościół w jednym wieku może zaprzeczać temu, co w poprzednich uznawał za najistotniejszy dogmat.

    Nic więc dziwnego, że ogół wiernych, nawet zaczadzanych od pół wieku modernistycznym nauczaniem katolików, nie ma ochoty uczestniczyć w nowej odsłonie protestantyzacji Kościoła, jaką jest “synodalność”. Kościół jest Jeden Święty katolicki i Apostolski, a nie “synodalny” – podświadomi czuje to większość katolików, a nawet spora rzesza hierarchów. Tylko nieliczni, zdekatolicyzowani “chrześcijanie” z wielką ochotą i entuzjazmem chcą uczestniczyć w tej “przygodzie podróży w nieznane”, a właściwie znane z licznych sekt protestanckich.

    Wyjaśnienie;
    Po ponownym przeglądzie stron diecezjalnych o których w tekście napisałem, że brak informacji o synodzie, w części z nich odnalazłem je, nie na głównej stronie ale w zakładkach, do których wcześniej nie dotarłem. Przepraszam za nieprecyzyjną informację.

    Panie Wiesławie, zamieszczam fragment tekstu wyjaśniający, czym jest synod z KJ
    “Z pierwszym zgromadzeniem apostołów rozstrzygającym sprawy wiary mamy już do czynienia na kartach Dziejów Apostolskich i Listu do Galatów. Paweł i Barnaba przybywają do Jerozolimy, aby poradzić się Apostołów w sprawie obrzezania nowo ochrzczonych pogan. Dlaczego Paweł się do nich zwraca, zamiast samodzielnie przy pomocy Ducha Świętego podjąć tę decyzję? Odpowiedzią jest wspólnota, to w niej mamy szukać Boga i odpowiedzi na nasze pytania (Mt 18,20). Do tego z resztą odwołuje się pierwotne znaczenie słowa synodos, jakim jest „towarzysz podróży”.
    Tak na marginesie, można powiedzieć, że pierwszym progresistą był właśnie Paweł, który wyszedł z Dobrą Nowiną w świat.

      Panie Andrzeju
      To co Pan napisał jest typowym archeologizmem. Katolik nie sięga do przeszłości martwej, do „archeologicznych”, rzekomo obowiązujących w pierwszych wiekach chrześcijaństwa zachowań i zwyczajów. Takie wracanie do początków bez brania pod uwagę żywej św. Tradycji i jej dynamicznego rozwoju jest herezją archeologizmu, potępioną w 1947 r. przez papieża Piusa XII. Odgrzebywanie elementów archeologicznych, zarówno prawdziwych, jak i wydumanych oraz wkomponowywanie ich do funkcjonujących do dziś tradycji naszych ojców, dziadów i pradziadów jest swego rodzaju modernistyczną herezją. Nie możemy odrzucić ad hoc całej Tradycji Kościoła, którą wypracował on przez 2000 lat, jego wszystkich osiągnięć w dziedzinie liturgii, organizacji i nauczania, aby powrócić do rzekomej prostoty pierwszych chrześcijan.

      Herezja archeologizmu potępiona przez papieża Piusa XII w encyklice „Mediator Dei” z 1947 r., sprowadza się w praktyce do ubóstwiania (domniemanej) praktyki pierwotnego Kościoła, stosowanej w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Zazwyczaj wyobrażenie owych praktyk do pierwowzoru, ma się tak, jak współczesne obrzędy neopogan do kultu Swarożyca z X wieku. Wracanie do początków chrześcijaństwa, bez brania pod uwagę świętej Tradycji Kościoła i jej dynamicznego rozwoju, a nawet jej odrzucenie jest patologią i herezją.

      Moderniści, hołdujący archeologizmowi, próbują często dowodzić, że Kościół katolicki rozwinął się z czasem w coś, czego nie można znaleźć w pierwotnym Kościele i wobec tego nie jest tradycyjny w sensie pierwowzoru chrześcijańskiego, zaś obrońców Tradycji , wielowiekowych obrzędów i zwyczajów religijnych, określają mianem „pseudo-tradycjonalistów (siebie rzekomo mając za prawdziwych tradycjonalistów).

    Panie Wiesławie
    W mojej odpowiedzi podałem wypowiedź dotyczącą synodu z Klubu Jagiellońskiego m.in. po to aby nie było zarzutów o modernizm lub progresywizm, który jak rozumiem dostrzega Pan w Kongresie KK. Nie rozumiem, dlaczego spotkanie proboszcza z parafianami, gdzie wspólnie podejmuje się próbę zastanawiania nad tym, jak dotrzeć do osób z tzw “obrzeży” co jest jednym z zada synodu, jest takim problemem. Jak wyobraża Pan sobie wspólnotę Kościoła, gdzie biskup boi się szczerej rozmowy z wiernymi, zadawalając się wysłuchaniem wierszyków przez I komunijne dzieci lub wymianą kilku zdawkowych zdań przy okazji życzeń z wręczaniem kwiatów przez radę parafialną. Szanując Pana wiedzę, chciałbym zapytać gdzie tu jest herezja?

      Panie Andrzeju
      Nie mam nic przeciwko wspólnym wysiłkom proboszczów i parafian, by dotrzeć z Dobrą Nowiną do “osób z obrzeży”. Należy jednak najpierw zdefiniować, kim są te osoby, kto i dlaczego czuje się wykluczony i marginalizowany w Kościele, na jakie przeszkody natrafia i z czego one wynikają. Być może są to powody zewnętrzne (np. niewłaściwe podejście księdza do problemów takich ludzi) i wówczas należy poinformować lub upomnieć władze, które stwarzają takie różnego rodzaju utrudnienia. Ale, może przyczyną marginalizacji tych osób są powody wewnętrzne, wynikające z ich nieuporządkowanego życia, zatracenia się w grzechu i uporu w trwaniu w sprośnych błędach? Najczęściej (a mówię to na podstawie własnych obserwacji, rozmów i dyskusji z różnymi ludźmi) chodzi tu o ten drugi powód.
      Oczywiście, zgadzam się z Panem, że biskup powinien być otwarty na szczerą rozmowę z wiernymi. Widziałbym to nawet w formie otwartych, cyklicznych spotkań z biskupem, organizowanych co jakiś czas, gdzie wierni mogliby swojemu biskupowi zadawać nurtujące ich pytania i wnosić postulaty.

    Panie Wiesławie,
    Zgadzam się z opinią, że należy najpierw zdefiniować, kim są osoby z obrzeży, oraz kto i dlaczego czuje się wykluczony i marginalizowany w Kościele. Konieczność odpowiedzi chociażby na te dwie kwestie sprawiają, że synod jest potrzebny. Synod nie jest wymysłem świeckich, ale wynika z głębokiego przekonania Papieża, że namysł nad kondycją Kościoła dzisiaj bez świeckich, jest drogą donikąd. Nie można tego zaproszenia lekceważyć lub świadomie marginalizować.
    Pana ostatnie zdanie ; “Widziałbym to nawet w formie otwartych, cyklicznych spotkań z biskupem, organizowanych co jakiś czas, gdzie wierni mogliby swojemu biskupowi zadawać nurtujące ich pytania i wnosić postulaty” jest dokładnie tym, czego od dłuższego czasu oczekuję.

Zostaw komentarz