KONGRES Katoliczek i Katolików

Nasze opinie

Strumień uwięziony pod lodem – czyli Jezus, wyrok TK i… kontemplacja

Strumień uwięziony pod lodem – czyli Jezus, wyrok TK i… kontemplacja

Kontemplacja jest modlitwą starą jak świat. Modlitwą, gdzie Bóg przemawia do nas w trwaniu, w codzienności i obserwacji świata.

 W dobie kryzysu Kościoła Rzymskokatolickiego wiele pytań rodzi się we mnie, wiele marzeń umiera, zrywów serca, zagłuszonych sprzeciwem instytucji, społeczeństwa, przemianami wartości po pandemii Covid – 19, strachem w wyniku działań wojennych na terenach Ukrainy.

Moje życie całe jest ciszą i kontemplacją, nawet gdy działam. A działam z mocno ograniczoną mobilnością, chorobą, która od paru lat znów daje o sobie znać bolesnymi złamaniami i bólami kostnymi, choćby podczas anomalii pogodowych. Działania odbywają się w tle ciszy, wyłączenia z ruchu biegnącego świata.

W obliczu wydarzeń związanych z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego, który zabrania usuwania ciąży w wyniku wykrycia wad rozwojowych u dziecka – w pierwszej chwili radość, w każdych następnych radość zamieniała się w rozczarowanie. Ja się z doktryną Kościoła zgadzam. Zgadzam się z tym, że człowiek niepełnosprawny ma prawo żyć, jak i godnie umierać, a aborcja jest pójściem na łatwiznę… Jest tylko kilka niuansów, o których na pewno wie Jezus, a zapomina kler, jak i świeccy. Osoba niepełnosprawna, choć ma rodzinę, jest to za mało, bo rodzina oprócz opieki i pomocy takiemu komuś ma też swoje życie i w miarę upływu lat traci siły. W Polsce jest stereotyp osoby niepełnosprawnej, która stanowi cierpienie dla rodziny. Wiele razy używa się słowa „kłopot” wobec takich osób jak ja. Cierpienie uszlachetnia – to zaściankowy slogan podkolorowany religijnie w stylu nie samej wiary, a raczej folkloru.

Cierpienie u niektórych osób po prostu jest potrzebne do zbawienia, może temu pomóc, często dodaje sił, jest drogą, gdzie człowiek szybciej ma szansę na głęboką relację z Bogiem. Będąc na świeckim forum internetowym dla osób niepełnosprawnych, zauważyłam, że większość z nich nie żyje z Kościołem. Zostawia sakramenty i nie łączy Boga z instytucją Kościoła. Ja dzisiaj uważam, że to nie jest dobrze. Kiedyś robiłam tak samo. Zostawiłam Kościół na 14 lat. Porwało mnie życie bez wartości chrześcijańskich, ale ono runęło. Dostałam przygotowanie duchowe i teologiczne od dawnego kierownika duchowego, bez którego dziś, w obecnej mojej sytuacji nie dałabym sobie rady i prawdopodobnie odeszła z Kościoła. Z Kościoła, który mnie w ostatnich latach/miesiącach zranił, odrzucił, traktował jak upośledzoną, nie podejmował pracy duchowej. Jedyne, co duchowni potrafili przez ostatnie 4,5 roku, to kłamać, że nie mają czasu, zacierać pretensjami swoją dezorganizację… Od 4,5 lat jestem bez swojego przewodnika duchowego. Został delegowany w miejsce, gdzie nie dam rady dojechać. I poprzez swoją najbardziej aktualną drogę jestem w stanie zrozumieć te osoby – nie bronię ich – ale je rozumiem w jakimś stopniu, bo będąc ograniczonym ruchowo ciężko jest szukać od nowa przewodnika duchowego. Opowiadać ileś razy tą samą historię i po jej bolesnym opowiedzeniu usłyszeć po raz setny: „Nie mam czasu”. Ciężko jest wyjechać na rekolekcje, gdzie wiele domów rekolekcyjnych jest niedostosowana, a ludzie nie chcą komuś pomóc przy podstawowych czynnościach, czekają na rodzinę.

Kościół Rzymskokatolicki współczuje rodzinom, bo rodziny cierpią. Nie podejmuje z nimi rozmów, nie uświadamia naszego człowieczeństwa, tego, że jesteśmy tak samo zdolni do zakładania rodzin, do drogi konsekrowanej. Kościół zamknął nas w złotej klatce paczek pomocowych, które choć są miłym gestem ze strony parafii i chętnie biegnę rozpakowywać słodki upominek za każdym razem, gdy zespół charytatywny go przywozi – nie rozwiązują kwestii światopoglądowej ludzi. Mój stan zdrowia z dziś jest gorszy niż naście lat temu, gdy radziłabym sobie jako matka, może jako żona, może jako dziewica konsekrowana… Dostałam 8 lat temu coś bardzo cennego. To, że Bóg mnie kocha, że nie zostawi i że w Komunii łączy się ze mną zawsze, choćby inni mnie zostawili, choćbym dla innych była ciężarem i bólem.

Czego ja chcę od Kościoła? Zmiany formowania sumień wiernych w temacie niepełnosprawnych, odejścia duchownych od zaściankowości, od spędzania czasu na zaliczaniu iluś magisterek, a wykluczania osób niepełnosprawnych z prowadzenia duchowego.

 Nie zastępujcie pracy duszpasterskiej ilością tytułów przed nazwiskiem. Nie skazujcie osób niepełnosprawnych na parafie administracyjne, które nie zawsze są w stanie zapewnić kierownictwo duchowe, bo nie zawsze duchowość danego księdza odpowiada duchowości wiernego. I to nie jest wola Boża. Kodeks Prawa Kanonicznego nie zakłada u żadnego z wiernych spowiedzi w parafii administracyjnej ani tamże rozmów duchowych. To się wymusza na osobach niepełnosprawnych. Duchowni wolą odmówić niepełnosprawnym i przyjąć rutynowo 10 osób zdrowych, które głównie skarżą się na teologię moralną i nie mają pojęcia o mistyce. Powołanie osoby niepełnosprawnej to dziś tytułowy „strumień uwięziony pod lodem obojętności”, którą łata się wyrzuty sumienia. Kiedyś jeden duchowny mi napisał: „Nauczyłem się odmawiać, tak jak w Twoim przypadku”. Był z tego niezwykle dumny…

Jak mawia o. Roman Groszewski SJ – Kościół usiłuje mistykę uprawiać.

 W mojej interpretacji tych słów – mistyka to dla Kościoła szumne objawienia, nieważne, czy potwierdzone, czy nie. Kościół woli gadać o Medjugorie, a zostawić osobę ograniczoną ruchowo z nierozeznanym powołaniem i prywatnym, cichym doświadczeniem Boga, nieopartym na medialnie rozdmuchanych wizjach.

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego już zapadł. Strajk Kobiet w obrzydliwy sposób manifestuje błędy Kościoła, pogłębiając jego kryzys, powodując załamanie psychiczne u duchownych z prawdziwym powołaniem. A Kościół nie wie, co ma zrobić – na jaw wychodzą skandale, jest multum przeprosin od biskupów… Mnie nikt nie przeprosił. Ja tego nie oczekuję. Kościół prowadzi kilka inicjatyw, gdzie nie zawsze mogę pojechać, większość moich doświadczeń jest niestety w obrębie czterech ścian. I prawdopodobnie to tu musiałoby być moje główne prowadzenie duchowe, tak jak było to przez 5 lat, kiedy ktoś mi towarzyszył.

Czy jestem zraniona przez Kościół?  W pewnym sensie tak.

Czy w nim zostanę?  Tak.

Jezus trwa w Eucharystii pomimo niedociągnięć kleru i wiernych – to jest niezmienne aż do paruzji, jak i moja grzeszna słabość, którą nieporadnie łatam w konfesjonale.

O autorze

Kamila Kosek

Cześć. Mam na imię Kamila. Jestem z diecezji bielsko - żywieckiej. Powróciłam do Kościoła pięć lat temu po 10-letniej przerwie w praktykowaniu. Jestem osobą niepełnosprawną i boli mnie los Kościoła w Polsce. Uważam, że mogę zrobić w nim coś więcej oprócz modlitwy. I chciałabym przyczynić się do powrotu mojej rodziny i znajomych do naszej wspólnoty.

Poprzedni

Następny

1 Komentarz

    List pobudzający do rachunku sumienia. Dobrze, że został napisany. Dziękuję. Dodam jednak, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego niczego nie zabrania. Trybunał tylko stwierdził niezgodność przepisu z konstytucją. To konstytucja zabrania.

Zostaw komentarz